wyspa-vancouver

Z największego miasta Kolumbii Brytyjskiej popłynęliśmy na Wyspę Vancouver. Po dwóch dniach w Victorii – stolicy całej prowincji – postanowiliśmy pojechać do Tofino – surferskiego i niezwykle klimatycznego miasteczka gorąco rekomendowanego przez naszego kolegę. Jak jednak wiadomo, poruszając się stopem, nigdy nie możemy być pewni dokąd trafimy danego dnia. I tak właśnie wylądowaliśmy w środku lasu, a dokładniej w raju dla miłośników natury i wszelkiego rodzaju grzybów…

ALEX – KRÓL GRZYBIARZY

Byliśmy bardzo szczęśliwi, gdy okazało się, że uśmiechnięty mężczyzna w wielkim trucku z przyczepą kempingową jedzie prawie do samego Tofino. Ochoczo zapakowaliśmy się do jego samochodu nie podejrzewając, że podróż, która miała potrwać około 4 godziny, mocno się wydłuży. Alex okazał się rozgadanym Kanadyjczykiem po 50-tce o niezwykle ciekawej przeszłości. Jechaliśmy dość wolno, co jakiś czas robiąc przerwy i słuchając zwariowanych historii z życia naszego kierowcy. Pochodził z Toronto, od wielu lat mieszkał na Wyspie Vancouver, był po trzech rozwodach, a niedawno przeszedł skomplikowaną operację kręgosłupa. Jeśli chodzi o karierę zawodową to również nie narzekał na nudę – w Ontario był właścicielem kilku restauracji, później rozkręcał przeróżne biznesy, a aktualnie zajmował się kupnem i sprzedażą grzybów. Mniej więcej w połowie drogi samochód zaczął dziwnie się poruszać i okazało się, że jedna opona przyczepy jest całkowicie zniszczona. Na szczęście znajomy Alexa był w pobliżu i nam pomógł – jakieś 2 godziny (i 2 kawy) później jechaliśmy dalej.

Krajobraz nieco się zmienił, wjechaliśmy na dość krętą górską drogę. Zaczął padać deszcz. Nagle usłyszeliśmy dziwny, niepokojący dźwięk. Zwolniliśmy, wyjrzeliśmy za okno i zobaczyliśmy, że wleczemy za sobą kawałek przyczepy (w sumie trudno się dziwić – miała 44 lata). Dobrze, że była to tylko belka podtrzymująca wysuwany daszek i plastikowa trytytka wystarczyła, aby naprawić usterkę. Chwilę później zepsuła się przednia wycieraczka, a w międzyczasie zauważyliśmy, że zostawiamy na drodze oleisty ślad… Wieczorem wreszcie dotarliśmy na miejsce – około 35 kilometrów przed Tofino skręciliśmy w las i szutrową drogą przejechaliśmy kolejne 12 kilometrów. To właśnie tam Alex postawił swoją przyczepę, która przez kolejne trzy miesiące będzie jego domem. Tuż obok stał pojazd Billy’ego – przyjaciela naszego kierowcy oraz namiot ich znajomej Helen. Cała trójka uwielbiała las i miała prawdziwego bzika na punkcie grzybów. Na „posesji” stał również prowizoryczny magazyn zrobiony z plandeki, w którym składowano kurki i inne kanie – to właśnie tam stanął nasz namiot, ponieważ lało jak z cebra.

ŻYCIE W BUSZU

Następnego dnia przestało padać, więc mieliśmy okazję rozejrzeć się po okolicy. Nad pobliskimi jeziorami mieszka kilkadziesiąt, jak nie kilkaset osób, z różnych zakątków świata, które zarabiają na życie zbierając grzyby. Łączy ich miłość do natury i brak wielkich wymagań, jeśli chodzi o swój własny kąt. Namiot, porządna plastikowa płachta chroniąca od deszczu, samochód z naczepą (tak zwany truck), kilka par ubrań i kalosze w zupełności wystarczają im do szczęścia. Najczęściej funkcjonują w ten sposób 2-3 miesiące kiedy trwa sezon na grzybobranie (sierpień/wrzesień – początek listopada). Do cywilizacji wracają co kilka dni, żeby uzupełnić zapasy żywności, wciąć ciepły prysznic czy zrobić pranie. Albo złapać zasięg, bo w buszu o niego trudno. Kilka godzin dziennie wędrują po lesie w poszukiwaniu jak najbardziej wartościowych grzybów, a pozostały czas poświęcają na gotowanie, jogę i palenie marihuany. Ten rejon upodobali sobie przede wszystkim mieszkańcy Quebecku – język francuski słychać tu równie często jak angielski. Jednak spotkaliśmy także Hiszpana czy Czeszkę – podróżników, którzy przyjechali na Wyspę Vancouver by podreperować budżet. W tym miejscu należy dodać, że za kilogram dobrej jakości grzybów można dostać około 60 kanadyjskich dolarów. Osoby, które najlepiej znają okolicę są w stanie zarobić 300-400 dolarów dziennie, a rekordziści zgarniali nawet 4 razy tyle! Grzyby sprzedaje się osobom takim jak Alex i Billy – oni zajmują się ich dalszą dystrybucją oczywiście zgarniając dla siebie odpowiedni procent zysków. Biznes kwitnie i wszyscy są szczęśliwi. Podobno w całej Kanadzie można znaleźć ponad 50 najcenniejszych, a tym samym najdroższych, gatunków grzybów, także nic dziwnego, że tyle osób jest zaangażowanych w to przedsięwzięcie. To wszystko bardzo przypominało nam naszą pracę w Norwegii i śmialiśmy się, że jakby nie wesele mojego kuzyna to moglibyśmy zostać na wyspie tydzień czy dwa i odłożyć jeszcze więcej pieniędzy na podróże.

Z ciekawostek: Alex wspomniał, że tutejsze lasy są na tyle rozległe i gęste, że często ukrywają się w nich najwięksi kanadyjscy mordercy. Ponoć w zeszłym roku, do grona osób siedzących przy ognisku na plaży nad jeziorem, przyłączył się na moment od dawna poszukiwany zabójca. Następnego dnia policja zakłóciła spokój mieszkańców lasu, wypytywała o niebezpiecznego mężczyznę i radziła zachować wielką ostrożność. O ironio, czasem nawet w środku buszu należy bardziej uważać na drugiego człowieka, niż na niedźwiedzia czy kuguara…

MALOWNICZE TOFINO I OKOLICE VICTORII

Popołudnie spędziliśmy w przepięknym Tofino, gdzie rozkoszowaliśmy się słońcem, genialnym widokiem (fiordy i góry – czego chcieć więcej!), świeżą rybką i pyszną kawą (pierwsza i jak do tej pory jedyna dobra kawa w Kanadzie!). Dojechaliśmy tam stopem z bardzo fajną parą, która podróżowała po Ameryce Północnej przerobionym, starym szkolnym busikiem. Po drodze odwiedziliśmy lasy deszczowe, których na wyspie jest sporo (sprzyja temu łagodny klimat i częste opady deszczu) oraz słynną Long Beach – kilkunastometrowy surferski raj. Widok Oceanu Spokojnego niezmiernie nas ucieszył, łapaliśmy pierwsze porządne promienie kanadyjskiego słońca i pomachaliśmy koleżance, która aktualnie przebywa na Hawajach. Trochę żałowaliśmy, że nie nocujemy w samym Tofino, ponieważ chętnie spędzilibyśmy więcej czasu w tym miasteczku, wypożyczyli kajak czy wybrali na wycieczkę w poszukiwaniu wielorybów i orek, ale zbliżał się wieczór, więc trzeba było wracać do naszego buszu. Z drugiej strony dobrze, że poznaliśmy Alexa i całą „grzybową rodzinkę” – dzięki temu pobyt na Wyspie Vancouver z pewnością zapadnie nam na długo w pamięci.

Przed przyjazdem do Tofino spędziliśmy dwa dni w Victorii – stolicy Kolumbii Brytyjskiej. Samo miasto jest ładne, przyjemnie się po nim spaceruje, ale pogoda sprawiła, że nie zrobiło nas nas powalającego wrażenia. Z resztą w Kanadzie najpiękniejsza jest natura, więc nic dziwnego, że od Victorii woleliśmy środkową część wyspy. Warto jednak dodać, że wokół miejscowości znajduje się dużo pięknych miejsc, które sprzyjają dłuższym lub krótszym wędrówkom. Polecamy pieszą wycieczkę od Jeziora Langford do Goldstream Trestle, w którym mieści się stary, nieczynny już, wiadukt kolejowy. Przejście po torach to nie lada wyzwanie nawet, gdy nie cierpi się na lęk wysokości.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Ceny z września 2017 roku, 1 CAD = ok. 3 PLN

  • bilet na prom z miasta Vancouver na Wyspę Vancouver (Tsawwassen – Swartz Bay) – 17 CAD za osobę dorosłą (pływa co 1-2 godziny, szczegóły TUTAJ),
  • całkiem smaczny zestaw hamburger, frytki i napój w restauracji na promie – 13 CAD,
  • jednorazowy bilet autobusowy w Victorii – 2,5 CAD,
  • panierowany łosoś z frytkami w Tofino – około 15 CAD (spora porcja),
  • pyszne, prawdziwe cappuccino z ekspresu (!) w Ocean Outfitters (agencja turystyczna, w której mieści się mała kawiarnia) – 4 CAD,
  • nocleg w buszu – darmowy, wspomnienia – bezcenne!

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco, śledząc gadulcowego FANPAGE’A, INSTAGRAM oraz SNAPCHATA (nick: gadulec)! Zachęcam również do zapisania się do NEWSLETTERA (ramka pod spodem) oraz pozostawienia komentarza pod wpisem. To bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem. Z góry dziękuję!

121