merzouga

Jedną z najpopularniejszych marokańskich atrakcji jest wycieczka na pustynię. Hostele i biura podróży w Marrakeszu prześcigają się w ofertach – można wybrać opcję 2, 3, 4, a nawet 7-dniową. My wybraliśmy wycieczkę trzydniową – nie mieliśmy zbyt dużo czasu, ale poza pustynią chcieliśmy zobaczyć kilka innych interesujących miejsc. I tak, jadąc przez przełęcz Tizi n’Tichka, odwiedzając berberyjską wioskę Ait Ben Haddou, śpiąc w pięknie położonym riadzie w wąwozie Dades oraz podziwiając mekkę wspinaczy – wąwóz Todra – dotarliśmy do Merzougi.

NA PRZEŁĘCZY TIZI N’TICHKA

Z Marrakeszu wyjechaliśmy wcześnie rano, koło godziny 6. Miasto dopiero budziło się do życia, więc szybko się z niego wydostaliśmy. Już po chwili zaczęliśmy piąć się w górę – po 2-3 godzinach byliśmy na wysokości 2260 m n.p.m. To właśnie tam znajduje się Tizi n’Tichka („Przełęcz Pastwisk”) – najwyżej położona przełęcz w Maroku. Co ciekawe, w razie niesprzyjających warunków przełęcz jest zamykana odcinając mieszkańców prowincji Warzazate od świata (pozostaje im jedynie transport drogą powietrzną). Sami byliśmy świadkami pierwszych w tym sezonie opadów śniegu właśnie na przełęczy Tizi n’Tichka. Zobaczyć pług odśnieżający marokańskie drogi w listopadzie – niezapomniane przeżycie!

Widoki zachwycają, ale nie ma czasu na zbyt długą kontemplację przyrody – trzeba jechać dalej, żeby zdążyć do Dades przed zachodem słońca. Warto dodać, że jest to dawna trasa handlowa. To tędy szły karawany z Sahary do Marrakeszu. Drogę zbudowali Francuzi w latach dwudziestych XX wieku, a kilka lat temu została poszerzona i odremontowana.

KSAR AIT BEN HADDOU

Przed południem dotarliśmy do słynnej berberyjskiej wioski – Ait Ben Haddou. Nakręcono tutaj ponad 40 filmów z motywem pustynnym m.in. „Gladiatora”, „Grę o tron” czy „Jezusa z Nazaretu”. Tutejsi mieszkańcy niejednokrotnie byli statystami w hollywoodzkich produkcjach (najmilej wspominają Russella Crowe – podobno nie jest bufonem i chętnie z nimi rozmawia :)).

Ait Ben Haddou kilkaset lat temu było ważnym miastem handlowym na trasie karawan. To tutaj sprzedawano sól, która niegdyś miała równowartość złota. Po wybudowaniu drogi na przełęczy Tizi n’Tichka miejsce odeszło w zapomnienie. Przypomniano sobie o nim dopiero w latach 80. XX wieku, gdy wybudowano studio filmowe w pobliskim Warzazate. W 1987 roku Ait Ben Haddou trafiło na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Jest to malowniczo położony ksar, czyli osada składająca się z kilku kazb (specyficzne budynki, przypominające warownie, zrobione z gliny, kamieni i niekiedy słomy). Obecnie w starej części miasta mieszka jedynie 8 rodzin. Pozostali mieszkańcy przenieśli się do nowej części położonej po drugiej stronie rzeki.

Miasto słynie również z rysunków, które tworzy się za pomocą szafranu, zielonej herbaty, indygo oraz cukru z wodą. Z początku nie widać całego obrazka, dopiero gdy podtrzyma się go nad ogniem, wyłaniają się kolejne elementy.

WĄWOZY DADES I TODRA

W Warzazate zatrzymaliśmy się jedynie na lunch. Skosztowaliśmy lokalnych pyszności – różnego rodzaju kuskusów, tażinów oraz hariry (słynna zupa z cieciorki i/lub soczewicy). Następnie czekała nas około 3-godzinna podróż (110 km) do wąwozu Dades. Dopiero z drugą grupą przybyliśmy do niego o odpowiedniej porze – trafiliśmy na piękny zachód słońca (w Maroku byłam liderem dwóch kilkunastoosobowych grup razem ze stowarzyszeniem Soliści). Inne nazwy tego magicznego miejsca to „Dolina Róż” lub „Dolina tysiąca kazb”. Niestety listopad nie jest miesiącem, w którym kwitną róże, więc intensywny zapach tych kwiatów nie unosił się w całej dolinie podczas naszej podróży. Warto wrócić do Dades w maju – to wtedy na dnie doliny kwitną róże damasceńskie (odbywają się nawet specjalne festiwale).

Tego dnia nocowaliśmy w bardzo urokliwym riadzie. Smaczna kolacja, marokańskie wino (przywiezione z Carrefoura w Marrakeszu) i niekończące się opowieści przy kominku – prosty przepis na udaną wycieczkę. Do tego taras i widok na tysiące gwiazd – żyć nie umierać! Ważna uwaga: w marokańskich ho(s)telach niezbyt często jest ogrzewanie – nasz riad był fantastyczny, ale nocą było w nim naprawdę zimno.

Kolejnego dnia, po dość wczesnej pobudce i śniadaniu (skromnym – jak zawsze w Maroku – tutejsze pieczywo, dżem, masło, oliwki herbata i kawa) pojechaliśmy do wąwozu Todra. Jest to raj dla wspinaczy – znajduje się tu aż 150 wyznaczonych dróg, które według skali francuskiej mają trudność od 5+ do 8. Bazaltowe skały, wysokie nawet na 160 metrów, robią niesamowite wrażenie!

MERZOUGA I PUSTYNNA PRZYGODA

Popołudniu, najedzeni i zaopatrzeni w butelkę wody dotarliśmy do Merzougi. Miasteczko oddalone jedynie 20 kilometrów od Algierii, w którym znajduje się sporo firm organizujących pustynne wyprawy. Każdy z nas miał swojego wielbłąda, które były powiązane w kilku lub kilkunastowielbłądowe karawany. Mój nowy przyjaciel nie miał imienia, więc z przyjemnością nazwałam go Stefan. Był jednym z najmniejszych w całej grupie (jak ja…) i nie sprawiał żadnych problemów (też jak ja! ;)). Gdy przyjechałam do Merzougi z drugą grupą długo szukałam Stefana, ale nie umiałam go znaleźć (za pierwszym razem byliśmy w ponad 30 osób, za drugim tylko w 17, więc nie wszystkie wielbłądy tego konkretnego właściciela były potrzebne).

Podróż na wielbłądach o zachodzie słońca trwała około 1,5-godziny. Było niezbyt wygodnie, ale całkiem przyjemnie i wesoło. Wydmy są ogromne mimo że to dopiero początek pustyni. Do „oazy” dotarliśmy koło godziny 18. Spaliśmy w dużych namiotach na materacach (około 6-8 osób w jednej „komnacie”, trzeba mieć swój śpiwór). Było swojsko i klimatycznie, czyli tak jak lubię. Toaleta była wszędzie i nigdzie (w końcu pustynia to taka ogromna kuweta), a zęby myło się wodą z butelki tuż pod gwiazdami. Po kolacji (harira i tażin z warzywami i kurczakiem) było ognisko, śpiewy i tańce. Berberowie nucili swoje pieśni, a my prezentowaliśmy polskie przeboje typu „Whiskey” czy „Kolorowy wiatr” z Pocahontas. W pierwszej grupie jeden z uczestników miał urodziny, więc nie zabrakło „sto lat” i szota magicznego przezroczystego trunku przywiezionego z Europy. Poza naszą 30-osobową grupą było też kilku Hiszpanów, Argentyńczyków i Kanadyjczyków, więc wspólnie odśpiewaliśmy nawet „Last Christmas”, bo była to jedna z nielicznych piosenek, którą wszyscy znali! Nie obyło się też bez tradycyjnego tańca z Berberami – ciężko mi wyjaśnić jak to wygląda, to trzeba przeżyć! Na koniec wszyscy wdrapaliśmy się na najwyższą wydmę w okolicy i oglądaliśmy gwiazdy. Niesamowite przeżycie! W końcu niebo na pustyni jest naprawdę wyjątkowe, bo w okolicy nie ma żadnego miasta. Za drugim razem nie mogliśmy zbyt długo cieszyć się gwiazdami, bo wiał mocny wiatr (ostatecznie piasek i tak mieliśmy dosłownie wszędzie).

Kolejny dzień to wczesna pobudka (a to nowość!), powrót na wielbłądach do Merzogui o wschodzie słońca, śniadanie i 11-godzina podróż do Marrakeszu. W busie można było się wyspać, rozmawiać o życiu i śmierci (oraz dziwnych członkach rodziny), a nawet śpiewać i tańczyć (szczególnie pierwszy kierowca był pozytywnie zakręcony i lubił z nami imprezować podczas jazdy – o dziwo naprawdę miał dużą podzielność uwagi i kierował bardzo dobrze).

To były intensywne, ale bardzo udane trzy dni. Łącznie przejechaliśmy około 1300 kilometrów. Polecam tego typu tripa każdemu kto ma mało czasu, a chce sporo zobaczyć. Z pewnością jeszcze ciekawiej byłoby jeździć po okolicy własnym autem lub autostopem i mieć na wszystko tydzień albo dwa. Cóż, może jeszcze wrócę w te miejsca na przykład z Damianem… 🙂

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • naszą wycieczkę załatwiliśmy w hostelu Kif-Kif w Marrakeszu (cena była bardzo atrakcyjna, ponieważ współpracujemy z nimi od lat);
  • zajrzyjcie do Pozornie Zależnej, która opisała swoją wycieczkę rok temu (wspomina o cenie 60-70 euro za 2 noclegi, transport, 2 śniadania i 2 kolacje);
  • u Osmola przeczytacie więcej o Ait Ben Haddou;
  • TUTAJ znajdziecie mój post o zdobyciu najwyższego szczytu Maroka Jebela Toubkala (4167 m n.p.m.);
  • lunch na trasie – 6-9 euro (ceny są dużo wyższe niż w Marrakeszu, kierowcy busów są dogadani z właścicielami knajp – zatrzymują się tam, gdzie mają dobrych znajomych);
  • napoje w knajpkach – 1-2 euro;
  • przewodnik w Ait Ben Haddou – 10-15 euro (na kilkunastoosobową grupę).

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco, śledząc gadulcowego FANPAGE’A, INSTAGRAM oraz SNAPCHATA (nick: gadulec)! Zachęcam również do zapisania się do NEWSLETTERA (ramka pod spodem) oraz pozostawienia komentarza pod wpisem. To bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem. Z góry dziękuję!

121