Ostatnie dwa tygodnie podróży po Azji, spędziłam w ukochanym Pai na północy Tajlandii. Wraz z innymi wolontariuszami zamieszkałam w Thom’s Elephant Camp, gdzie zajmowałam się trzema słonicami. Było to dla mnie niesamowite doświadczenie, dzięki któremu mogłam dobrze poznać te inteligentne i wrażliwe zwierzęta, spełniając równocześnie swoje wielkie marzenie z dzieciństwa. Miałam również okazję przemyśleć trudny temat, jakim jest sytuacja słoni przetrzymywanych w niewoli.

Ot, Tatdau i Pompem

slonikiiiSą to imiona naszych podopiecznych. Trzy słonice, trzy odmienne charaktery, trzy mądre i wrażliwe istoty. Ot to wielki pieszczoch, przytulała nas i podnosiła swoją długą trąbą. To zdecydowanie moja ulubienica. Najstarsza, najmądrzejsza i najspokojniejsza. Ale bynajmniej nie nudna! Tylko ona potrafiła mocno objąć człowieka trąbą, przenieść nad barierką i delikatnie popchnąć w stronę… bambusa! Wszystko po to, żeby dostać chociaż jedną zieloną łodygę! Spryciula! Tatdau jest największa z całej trójki. Pływanie z nią w rzece było wielką frajdą, ponieważ potrafi robić przeróżne triki, jak na przykład nieoczekiwane zrzucanie delikwentów do wody. Pompem jest najbardziej skryta i tajemnicza, nie przepada za ludzkim dotykiem. Jednak często bywa bardzo dowcipna i kładzie sobie trawę na głowie. Jest to śmieszne, a zarazem urocze.

Wszystkie słonice uwielbiają banany i potrafią wydawać różne dźwięki na słowo „thank you”. Gdy chce się na nie wdrapać, schylają się i odpowiednio układają trąbę lub nogę, żeby człowiek łatwiej mógł na nie wejść. Umieją również podnieść z ziemi różne przedmioty i podać je osobie, która na nich siedzi.

Już od dziecka byłam zafascynowana słoniami, nie miałam jednak pojęcia, że są aż tak mądrymi i cudownymi istotami. Należy mimo wszystko pamiętać, że nie da się ich udomowić, tak jak na przykład koni. Są to ogromne i niebezpieczne zwierzęta, które ważą 3-4 tony.

 

Obowiązki wolontariusza
O Thom’s Elephant Camp w Pai, dowiedziałam się już w październiku, kiedy byłam w tej miejscowości z moim chłopakiem na początku naszej wyprawy. Powróciłam tam w marcu, wraz z moją przyjaciółką Olą (jej relację z pobytu w Pai możecie przeczytać TUTAJ). Niestety nie był to wolontariat w pełnym tego słowa znaczeniu, ponieważ za 14 dni musiałam zapłacić 8000 BHT (około 850 zł; aktualna cena to 10.000 BHT za 2 tygodnie i 7.000 BHT za tydzień wolontariatu). Tańszej możliwości nie znalazłam. W innych tego typu placówkach (w Chiang Mai czy Indiach) trzeba płacić 400-500$ tygodniowo! W cenie miałam zapewniony nocleg w dwuosobowym pokoju oraz 3 posiłki dziennie (pyszne!). Pracowałam 6 dni w tygodniu, około 4 godziny dziennie. Nad ranem (około 6:30) mogłam (ale nie musiałam), iść po słonice do lasu, gdzie nocowały. Poranna mgła, rześkie powietrze i wschodzące słońce były wręcz idealnym momentem, by przytulić się do tych wielkich zwierząt i zaprowadzić je do boksu. Następnie był czas karmienia – tę czynność powtarzaliśmy wielokrotnie w ciągu dnia, ponieważ jeden słoń je około 250 kg pożywienia dziennie. W międzyczasie sprzątaliśmy boksy, w których przebywały zwierzęta oraz rozmawialiśmy z turystami i odpowiadaliśmy na ich pytania. Co kilka dni jeździliśmy na pace pick-upa i ścinaliśmy bambus lub drzewka bananowców. Była to najcięższa praca, bambusy raniły nam ręce, mimo że mieliśmy na sobie bluzy z długim rękawem. W dodatku szybko się przegrzewaliśmy, bo często temperatura przekraczała 40 stopni. Natomiast drzewa bananowców były bardzo toporne i ciężkie. Po godzinie noszenia ich przez rzekę, ręce bolały mnie niemiłosiernie. Jednak jak tylko przypominało mi się, że to wszystko robimy dla Ot, Tatdau i Pompem, od razu nabierałam sił do pracy. W końcu czego nie robi się dla słoni? 🙂 Wieczorami (około 18) odprowadzaliśmy nasze podopieczne do lasu, nierzadko jadąc na ich grzbiecie.

Do naszych obowiązków należało również gotowanie lunchu lub kolacji. Dzięki lekcjom „cooking with Ae” (Ae to imię Tajki, która mieszkała i pracowała na campie – rewelacyjna kucharka i ogólnie wspaniała kobieta) nauczyłam się przyrządzać podstawowe, pyszne, tajskie dania takie jak pad thai, kurczak w bazylii, mango sticky rice, saładka z papai. Kilka razy pracowaliśmy w ogródku przy kopaniu grządek, zbieraniu ziół czy montowaniu ogrodzenia.

 

Czas wolny
Mieliśmy sporo czasu wolnego, głównie wieczorami, po kolacji, czyli koło godziny 19. Co kilka dni jeździliśmy do centrum Pai (Thom’s Elephant Camp jest oddalony około 9 km od miasteczka). Jedliśmy pyszne burgery i frytki w Burger Queen, naleśniki czy lody na ulicznym markecie albo po prostu sączyliśmy piwko w barze. Często spędzaliśmy czas wraz z Tajami (pracownikami campu) – graliśmy w karty, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Mogliśmy poznać lepiej zwyczaje i kulturę różnych krajów – wolontariusze pochodzili z Kanady, USA, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Hiszpanii, w dodatku mieli od 8 do 45 lat. Dodatkowo miałam wreszcie czas dla siebie – czytałam, oglądałam seriale czy filmy i odpoczywałam. Było to idealne zakończenie półrocznej podróży po Azji.

Gdy nie było zbyt wielu turystów mogliśmy udać się całą grupą nad rzekę wraz ze słoniami. Braliśmy kąpiel z Ot, Tatdau i Pompem, które zrzucały nas do wody ze swoich grzbietów i robiły mnóstwo sztuczek. W dodatku mogły się objadać do woli i wyglądały naprawdę na szczęśliwe. Nie wspominając o uśmiechniętych od ucha do ucha wolontariuszach.

 

Problem słoni w Tajlandii
Nie wszystko jednak było aż tak idealne. Owszem, w Thom’s Elephant Camp słonie traktuje się dobrze. Jednak zdarza się, że trener używa ostro zakończonego kijka, by zwierzę ukarać. Gdy delikatne kłucie nie działa, musi uderzyć mocniej. Na noc słonicom zakłada się łańcuch na jedną nogę. Ma on aż 20 metrów, ale mimo wszystko jest to łańcuch, który utrudnia swobodne przemieszczanie się. Najgorsze jest to co dzieje się z małymi słoniątkami – aby były posłuszne należy je „złamać”. Zabiera się je bardzo wcześnie od matek i katuje (o szczegółach dowiecie się tutaj). Dorosłe i wyuczone słonie nierzadko muszą pracować po 8-10 godzin dziennie, prawie bez przerw. Na szczęście w tym campie jeździ się na nich jedynie na oklep, czyli siedząc bezpośrednio na grzbiecie (nie tak jak w czasie naszego nieszczęsnego trekkingu w Umphang – w niewygodnym koszu). Mimo wszystko uważam, że słonie nie powinny tyle pracować, a właściwie to nie powinny w ogóle pracować. Najchętniej wypuściłabym je wszystkie na wolność. Nie jest to jednak takie proste. W Tajlandii kilka tysięcy osób żyje dzięki słoniom. Jest to narodowy symbol tego kraju. W przypadku likwidacji wszystkich tego typu placówek, mnóstwo Tajów zostałoby bez pracy. Co gorsza, na ten moment rząd nie ma tak dużych środków, by zapewnić słoniom bezpieczeństwo. Prawdopodobieństwo, że te wspaniałe zwierzęta, wypuszczone na wolność, zostałyby szybko stracone przez kłusowników, jest ogromne. Na ten moment, nie ma niestety idealnego wyjścia z tej sytuacji. Można jedynie wspierać te miejsca, w których te mądre istoty są dobrze traktowane. Osobom bardzo wrażliwym odradzam jazdę na słoniach, nawet na oklep (polecam lekturę tekstu Łukasza Kędzierskiego). Jednak warto zbliżyć się do nich, dotknąć ich trąby, dać im banana i obserwować. Przekonać się, że są jednymi z najbardziej mądrych i cudownych zwierząt na świecie. I pokochać je z całego serca.

Zapraszam do obejrzenia 3-minutowego filmiku przedstawiającego dzień z życia wolontariusza. Montaż: Damian Gawroński.

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco, śledząc gadulcowego FANPAGE’A oraz INSTAGRAM! Zachęcam również do zapisywania się do NEWSLETTERA (ramka pod spodem) oraz pozostawienia komentarza pod wpisem. To bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem. Z góry dziękuję!