Gdy dotarliśmy do Mae Sot, okazało się, że hostel, z którego odbywały się trekkingi polecane w przewodniku i na wielu blogach, nie istnieje od 4 lat. Musieliśmy znaleźć inną firmę, która organizuje tego typu wyprawy lub dostać się samemu do Umphang. Ostatecznie dzięki wizycie w Police Tourist Station zdecydowaliśmy się na 3-dniowy trekking, połączony z raftingiem, wizytą w wiosce Karenów i jazdą na słoniach.

Mae Sot do Uphang dzieli 165 kilometrów i około 1250 zakrętów. Drogę tę można pokonać jedynie pick-upami, ale i tak zajmuje ona 4-5 godzin. Widoki jednak wynagradzają wszystko! Dojechaliśmy do The Trekker Hill, które okazało się bardzo ładnym ośrodkiem, z uroczymi kamiennymi domkami. Natomiast samo Umphang to małe miasteczko, w którym mieszka około 3 tysiące osób. Obejście go zajęło nam jakieś pół godziny (nie znaleźliśmy zbyt wielu ciekawych rzeczy – ważna sprawa: od niedawna w mieście są bankomaty, także informacje, że koniecznie trzeba wybrać pieniądze w Mae Sot są już nieaktualne; jest też wszechobecny w Tajlandii Seven Eleven). Po pysznej kolacji poznaliśmy naszego przewodnika Kurta, który całkiem dobrze mówił po angielsku. Opowiedział nam jak będą wyglądały kolejne 3 dni – wszystko zapowiadało się rewelacyjnie!

Pierwszego dnia, zaraz po śniadaniu ruszyliśmy w stronę rzeki, aby rozpocząć rafting. Niestety od 5 lat w tej okolicy nie można robić bambusowych tratw, więc kilka godzin płynęliśmy w pontonie. Po drodze widzieliśmy węże, zwierzęta z rodziny krokodyli, małpy, wielkie żaby. Mieliśmy też przerwę w gorących źródłach – świetna sprawa! I oczywiście lunch – ryż podany na liściach bananowca i kurczaczek – pycha 🙂

 

Następnie czekał nas główny punkt całej wyprawy – kilkugodzinny trekking po dżungli. Okazało się, że nie jest ona wcale taka straszna (przynajmniej w ciągu dnia i z przewodnikiem, który zna ją ponad 20 lat). Za to odgłosy, które się z niej wydobywają są niesamowite! Ciężko opisać słowami tę mieszaninę dźwięków – możecie sobie wyobrazić nasz polski (europejski) las i pomnożyć różnorodność i głośność odgłosów dziesięciokrotnie. Gdy dotarliśmy na kemping w okolice parku narodowego, w którym mieści się najwyższy wodospad w Tajlandii, było jeszcze lepiej, ponieważ powoli zapadał zmrok. Odgłosów z godziny na godzinę przybywało – było naprawdę niesamowicie! W dodatku wieczorem ponownie jedliśmy przepyszną kolację – tym razem podaną w bambusowym domku, przy świecach, w środku dżungli. Do tego wszystkiego dostaliśmy prezenty od Kurta – bambusowe kubki i łyżeczki. Jeśli chodzi o romantyczne miejsca, w sam raz dla osób podróżujących w parach, to narazie moje TOP 1 😉

 

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od półgodzinnego spaceru do wodospadów Tee Lor Su. Jest to 6-ty najwyższy wodospad na świecie i zdecydowanie zasługuje na miano jednego z piękniejszych miejsc w okolicy, być może nawet w całej Tajlandii. Co najlepsze – można się w nim kąpać, a w odpowiedniej porze nawet z niego skakać! Nie mieliśmy aż tyle szczęścia ale i tak było wspaniale. Dla samego wodospadu warto było męczyć się te 5 godzin w pick-upie pokonując ponad tysiąc zakrętów! Po kilku godzinach trekkingu dotarliśmy do wioski Karenów. Nie ma tam zasięgu (jest jedna budka telefoniczna), zero internetu, niektóre dzieci biegają nago, życie toczy się spokojnie i bez pośpiechu. Każda rodzina mieszka w bambusowym domku (ewentualnie częściowo zrobionym z innego drewna), ma palenisko w centralnym punkcie mieszkania (żadnej „normalnej” kuchni). Kilkuletnie dzieci opiekują się kilkumiesięcznymi, większość z nich kończy edukację po podstawówce, ktoś w końcu musi łowić ryby, uprawiać ryż, kukurydzę, hodować krowy, kury czy świnie. Karenowie posługują się całkowicie innym językiem niż Tajowie i dopiero od kilkunastu lat uczą się tajskiego w podstawówkach. W wiosce, do której dotarliśmy żyje około 300 osób. Spaliśmy u zaprzyjaźnionej rodziny – mama, tata, siódemka dzieci i uroczy harmider, szczególnie w czasie kolacji. Karmienie piersią kilkulatków to tutaj norma – nawet jeśli wcześniej, ten sam dzieciak zjadł 2 wielkie porcje ryżu z dodatkami 🙂

Akurat w ten sam wieczór do wioski przyjechało kilka samochodów z wielkiego miasta (prawdopodobnie Bangkok albo jakieś miasto we wschodniej Tajlandii – ciężko było się dogadać). Co kilka miesięcy wolontariusze odwiedzają tego typu miejsca, rozdają ubrania, gotują, puszczają filmy („kino pod chmurką”). Tym razem leciało „Toy Story 2” – bajka, która bawi dzieci na całym świecie – nieważne czy mieszkają one w Nowym Jorku czy kilkuset osobowej wiosce w środku dżungli. Niesamowite! Steve Jobs i inni twórcy tego typu filmów czy bajek powinni być naprawdę dumni 🙂

 

Trzeciego dnia czekał nas ostatni podpunkt wyprawy – jazda na słoniu. Wyobrażaliśmy sobie w miarę normalną drogę i jazdę bez żadnego dodatkowego sprzętu. Niestety w rzeczywistości jechaliśmy w strasznie niewygodnym koszu, a droga była koszmarna – biedny słoń topił się w błocie i zdecydowanie nie miał ochoty na całą wędrówkę. Nam również szybko odechciało się wycieczki – było nam szkoda zwierzaka – biedak miał przyczepiony do nogi łańcuch, a trener (siedział na szyi słonia) non stop na niego krzyczał. Trener miał również kij z ostrym zakończeniem – przez pierwszą godzinę go nie używał, niestety potem zaczął (o tyle „dobrze”, że nie uderzał zwierzęcia ostrą końcówką). Przez całą drogę żałowaliśmy, że nie dopytaliśmy się wcześniej o szczegóły jazdy i o to w jaki sposób słoń jest traktowany. Ostatecznie zdecydowaliśmy się iść pieszo, bo wszystkim było niewygodnie i nikt nie był szczęśliwy (może poza palącym papierosy i żującym betel trenerem słonia – bez komentarza…). O wiele lepsza byłaby zabawa ze słoniem – karmienie go, wspólna kąpiel, ewentualnie jazda bezpośrednio na słoniu (przez chwilę i po normalnym terenie).

Droga powrotna do Mae Sot była jeszcze bardziej ekscytująca niż w przeciwną stronę. W jednym pick-upie jakimś cudem jechało z nami 20 innych osób, w tym 8 mężczyzn na dachu razem z… kogutem! 😀 Były zakręty i dziwna pogoda – pierwszy raz w Azji ubrałam czapkę!

Te kilka dni dostarczyło nam mnóstwo wrażeń. Trekking po dżungli to rewelacyjna sprawa. Okolice Umphang są przepiękne i bardzo interesujące. Nie jeździjcie jednak na słoniach. Przynajmniej nie w ten sposób. To jedyna rzecz, której żałujemy. Całą resztę gorąco polecamy!

Informacje praktyczne (10 batów = około 1 zł):
– „autobus” (pick-up) Mae Sot – Umphang – 130 batów w jedną stronę;
– transport do Uphang i z powrotem, 4 dni, 3 noclegi, w tym 3 dni trekkingu, rafting, wizyta w parku narodowym z cudownym wodospadem Tee Lor Su, 3 pyszne posiłki dziennie, woda, kawa, herbata, ubezpieczenie (!), bardzo fajny przewodnik, wizyta i nocleg w wiosce Karenów oraz nieszczęsna jazda na słoniu – od 4000 batów za osobę (słyszeliśmy nawet o 7000, ale jeśli samemu dotrze się do Umphang, można wykupić 3-dniowe trekkingi już za 3000-3500 batów).

Pamiętajcie o projekcie Piątki z podróży. Wy również możecie przekazać symbolicznego piątaka! ;)
Fundacja „Król i Smok”
Nr konta: 21 1020 5242 0000 2102 0324 1874
Adres:
PKO BP O 9 we Wrocławiu
ul. Grabiszyńska 240
53-235 Wrocław

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco śledząc gadulcowego FANPAGE’A oraz INSTAGRAM!

121