Sukamade to miejsce odwiedzane jedynie przez nielicznych turystów. Podejrzewaliśmy, że bliskie obcowanie z żółwiami będzie dla nas ogromną frajdą. Jednak nie spodziewaliśmy się, że sama podróż do tego oddzielonego od cywilizacji ośrodka, będzie tak wielką przygodą. Pobyt w tym niezwykłym miejscu w pełni rekompensuje długą i męczącą drogę (która mimo wszystko, sama w sobie też jest niemałą atrakcją, przynajmniej w porze deszczowej).

Po ponad tygodniu spędzonym na Bali, przyszedł czas na kolejną indonezyjską wyspę – Jawę. Z Sanur najtaniej było pojechać bemo (lokalny busik, trochę wyglądający jak ogórek, który często pełni funkcję autobusu) do Ubung, stamtąd miejskim autobusem do Gilimanuk, gdzie odpływają promy do Banyuwangi. Oczywiście zajęło nam to prawie cały dzień, ponieważ czekaliśmy, aż autobus będzie pełny (a wręcz przepełniony). Rozdzieliliśmy się na jedną noc – Monika i Sebastian popłynęli na Jawę zdobywać wulkan Ijen, my zostaliśmy na Bali odpocząć i wyspać się pierwszy raz w 2015 roku (poza tym oboje byliśmy chorzy, więc wędrówka po górach była kiepskim pomysłem).

Następnego dnia, za 8000 kipów, popłynęliśmy na Jawę. Wyspa przywitała nas niesamowitym zachodem słońca oraz wesołymi ludźmi, którzy chcieli robić sobie z nami zdjęcia. Był to pierwszy dzień od 3,5 miesiąca, w czasie którego nie widzieliśmy ani jednego białego człowieka! Przygodę czas zacząć! 😉

Dołączyliśmy do znajomych, którzy zakwaterowali się w hostelu blisko portu. Następnego dnia wcześnie rano wyruszyliśmy do Sukamade na spotkanie z żółwiami. Wyczytaliśmy, że trzeba jechać dwoma autobusami (do Pesanggaran, przesiadka w Jajag), potem ciężarówką z żywnością do Sukamade. Okazało się, że z Banyuwangi jedzie bezpośredni autobus do Pesanggaran. Droga była dość dziurawa, ale przyzwoita. Problem pojawił się potem. W miasteczku, każda napotkana osoba mówiła co innego odnośnie transportu do Sukamade. Co gorsza, ten sam człowiek co innego mówił w południe, a co innego pół godziny później. Tacy są Indonezyjczycy. I trzeba to zaakceptować. Parę osób próbowało namówić nas na podróż jeepem (ceny zbyt wysokie). Po godzinie znało nas całe miasteczko. Czuliśmy się jak celebryci – policjanci robili sobie z nami zdjęcia, co chwilę ktoś nas zagadywał, przy czym nigdy nie byliśmy pewni czy robi to bezinteresownie czy jednak chce np. żebyśmy poszli do jego knajpki/hostelu/sklepu. Ostatecznie, po wielu godzinach czekania na ciężarówkę, która nie przyjechała i po obrzydliwym obiedzie (na razie kuchnia indonezyjska średnio mi smakuje), pojechaliśmy autobusem do Sarongan. Na miejscu okazało się, że na żadną ciężarówkę nie ma szans – ani dziś, ani za kilka dni – stan wody w rzece jest zdecydowanie za wysoki. Na szczęście po chwili przyjechała do nas Sri – miła 27-latka, która wcześniej zagadała nas w Pesanggaran. Na stałe mieszka w Sarongan, ma hostel i motory, którymi wozi turystów do naszego upragnionego celu – Sukamade. Musieliśmy przespać się u niej, ponieważ było juz za późno na podróż do parku narodowego. Okazało się, że homestay jest nowy, bardzo ładny i pięknie położony.

Następnego dnia rano obserwowaliśmy kobiety, które uprawiały ryż. Wraz z Moniką dołączyłyśmy do nich i również zasadziłyśmy kilka ryżowych wiązek. Po samodzielnie przygotowanym śniadaniu (Sri nie mogła uwierzyć, że każdy z chłopaków je jajecznicę z 5 jajek! :D) ruszyliśmy do Sukamade. Indonezyjka jechała swoim crossem (razem z nią Monika), Sebastian na osobnym skuterze, a my z Damianem na kolejnym. Widoki piękne, za to droga z kilometra na kilometr coraz gorsza. Mnóstwo kamieni, strome zbocza, wszędzie woda, wielkie kałuże (całą noc i ranek lało jak z cebra). Podskakiwałam na tyle naszego ścigacza, jak jakaś ping-pongowa piłeczka. A jak zjeżdżaliśmy z górki to leciałam na Damiana tak, że prawie spadał ze skutera. Było trochę niebezpiecznie, ale bardzo nam się podobało! Prawdziwa przygoda! Nareszcie! Po 2 godzinach dotarliśmy do rzeki. Okazało się, że faktycznie stan wody jest bardzo wysoki – nie da się jej przejechać ani jeepem ani ciężarówką, a most już dawno temu się zawalił. Jedyną możliwością dostania się na drugi brzeg jest przeprawa bambusowym promem. Pożegnaliśmy się ze Sri i poplynęlismy wraz z dwoma skuterami na drugą stronę. Od celu dzieliły nas 2 kilometry. Jechaliśmy ponad pół godziny, bo wszędzie były ogromne kałuże, czasem woda w nich sięgała za kolana (nawet skuter nie dawał rady, trzeba było kombinować). Za to w momencie, gdy dotarliśmy do Sukamade byliśmy przeszczęśliwi.

Pokoje były bardzo skromne i dość drogie (zero konkurencji), więc spaliśmy we czwórkę w jednym (niby 2-osobowym). Knajpka była jedna, wegetariańska, ale za normalną cenę pani przyrządzała pyszne nasi goreng (ryż z warzywami i jajkiem). Po obiedzie udaliśmy się na plażę. Oczywiście byliśmy na niej jedynymi osobami. Nie jest ona jednak idealnym miejscem do wypoczywania, bo wiatr wieje bardzo mocno (piasek wręcz boleśnie w nas „uderzał”). W dodatku fale są za wysokie i nie można się kąpać. Ale i tak było fajnie 🙂

Co wieczór (noc) na plaży w Sukamade co najmniej jedna żółwica składa jaja. Mieliśmy pecha, bo akurat o godzinie 20, kiedy szliśmy całą grupą nad morze (kilku turstów dojechało, w tym jedyni biali – dziennikarze „Lonely Planet”), zaczęło padać. Na plaży nie mogliśmy używać czołówek, ponieważ światło mogłoby przestraszyć żółwicę wychodzącą z wody. Byliśmy razem z Rangersami, czyli strażnikami leśnymi, którzy zbierają jaja, tym samym chroniąc je przed drapieżnikami (oczywiście trzeba było dodatkowo zapłacić – najpierw marudziliśmy, ale jak zobaczyliśmy jak to wszystko wygląda to stwierdziliśmy, że opłata jest słusznie pobierana). Dość szybko, kilkaset metrów od wejścia na plażę, przy którym staliśmy, pojawiła się żółwica. Okazało się, że jednorazowo samica składa aż 100 jaj (mniej więcej)! Przyglądanie się jej było bardzo ciekawym doświadczeniem, jednak trochę nas rozczarowało to, że po 30 minutach kazano nam wracać do ośrodka.

Wstaliśmy po 5, ponieważ tylko rano można wypuszczać małe żółwiki do wody. W Sukamade młode żółwie mieszkają do około czwartego miesiąca życia – po takim czasie mają one dużo większe szanse na przetrwanie w morskim świecie. Dostaliśmy 10 malutkich żółwików w wiaderku i tylko we czwórkę poszliśmy nad morze. Było rewelacyjnie! Te maleńkie istoty, gdy tylko znajdą się na piasku, z całych sił pędzą do wody. Bawiliśmy się z tymi uroczymi zwierzakami ponad godzinę. Odkryliśmy też na piachu trzy ślady po żółwicach.

Droga powrotna również była pełna wrażeń – nie mniej niż droga do Sukamade. Jazda na skuterach raz w górę, raz w dół, była męcząca nawet dla mnie, jako pasażera. Dojechaliśmy jednak do Sri cali i zdrowi, bardzo zadowoleni. Humorów nie popsuła nam nawet wiadomość, że tego dnia autobus, który kursuje między Sarongan a Jajag, jednak nie przyjedzie. Po 45 minutach oczekiwań złapaliśmy „stopa” (za symboliczną opłatą dotarliśmy do celu na pace ciężarowki).

To doświadczenie było jednym z najlepszych w całym moim życiu. A wyprawa do Sukamade to zdecydowanie największa przygoda w czasie naszej podróży po Azji południowo-wschodniej. Przynajmniej do tej pory 😉

Zapraszam również do obejrzenia filmiku podsumowującego te kilka niesamowitych dni:

Informacje praktyczne (12500 rupii = około 1$):
– bemo z Sanur do Ubung – 10000 rupii,
– autobus z Ubung do Gilimanuk – 35000 rupii,
– pokój z łazienką dla dwóch osób w Gilimanuk – 50000 rupii,
– bilet na prom z Gilimanuk do Banyuwangi – 8000 rupii,
– nocleg w Banyuwangi – od 45000 rupii za dwuosobowy pokój,
– bemo na dworzec w Banyuwangi (Blambangan) – 10000 rupii,
– autobus z Banyuwangi do Pesanggaran – 35000 rupii,
– autobus z Pesanggaran do Sarongan – 10000 rupii,
– nocleg u Sri – 100000 za dwie pary (normalnie cena na pewno jest wyższa),
– wypożyczenie dwóch skuterów na maksymalnie dwie doby plus przejazd z przewodnikiem w jedną stronę – 600000 rupii (najlepiej dzwońcie do Sri: +62 (0)821 4317 8673 – woli zapowiedziane wizyty 🙂 jakiś czas temu dorobiła się własnej STRONY INTERNETOWEJ),
– dwuosobowy (w porywach do czterech osób) pokój bez łazienki – 200000 rupii,
– nasi goreng – 12000 rupii,
– wstęp do parku narodowego – 150000 rupii,
– opłata za oglądanie żółwicy składającej jaja – 100000 rupii od grupy (maksymalnie 4-osobowej),
– opłata za wypuszczanie żółwików do wody – dowolna kwota dotacji,
– przygody w drodze z i do Sarongan – bezcenne!

EDIT: Wiosną 2017 roku Sri odwiedzili moi rodzice i siostra. Bardzo im się podobało, ale ceny niestety wzrosły kilkukrotnie. Cóż, biznes się kręci (chociaż dalej nie ma tam tłumów), więc wszystko drożeje. Naturalna kolej rzeczy…

Pamiętajcie o projekcie Piątki z podróży. Zachęcam do przekazania symbolicznego piątaka!
Fundacja „Król i Smok”
Nr konta: 21 1020 5242 0000 2102 0324 1874
Adres:
PKO BP O 9 we Wrocławiu
ul. Grabiszyńska 240 53-235 Wrocław

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco, śledząc gadulcowego FANPAGE’A oraz INSTAGRAM!

wyszukaj lotywynajmij samochódzarezerwuj pokój

Jeśli przydały Wam się porady zamieszczone na Gadulcu i jesteście w trakcie planowania własnej podróży, będziemy bardzo wdzięczni za dokonanie rezerwacji przez powyższe linki. Nie martwcie się – to nie wpłynie na cenę noclegu, samochodu czy lotu, a dzięki prowizji będziemy mogli dalej rozwijać bloga. Dzięki! :)