Sigiriya

Jedną z najbardziej znanych atrakcji turystycznych Sri Lanki widać już z daleka. Święta góra – Sigiriya, na której, jak głosi legenda, król Kassap w V wieku n.e. wybudował swój pałac dumnie unosi się nad nizinami. Traf chciał, że akurat w tym miejscu spotkała mnie bardzo nieprzyjemna sytuacja. Ale zacznijmy opowieść od początku…

W DRODZE NA LWIĄ SKAŁĘ

Na Sri Lankę pojechałam jako lider 14-osobowej grupy z Solistami. To był trzeci dzień naszego pobytu w tym kraju. W południe zwiedzaliśmy świątynie w jaskiniach w Dambulli, gdzie złapał nas ogromny deszcz. Mimo wszystko, postanowiliśmy zaryzykować i po lunchu pojechaliśmy do Sigiriyi oddalonej około 30 kilometrów od naszego hotelu. Gdy tylko przeszliśmy bramkę, w której sprawdzali bilety, ponownie lunęło. Na szczęście padało tylko chwilę i już po pół godzinie weszliśmy na pierwszy taras widokowy.

OBURZENI URZĘDNICY

Nieco dalej, tuż za drugim miejscem kontroli biletów, znajdowały się kręcone, metalowe schody. Były dość strome, więc nie zdziwił mnie znaczek „no photo, no camera”. Stwierdziłam, że robiąc zdjęcia turyści blokowaliby przejście, co mogłoby być niebezpieczne. Schody prowadziły do jaskini, w której znajdują się 1500-letnie freski. Większość malowideł przedstawiało nagie kobiety, które prawdopodobnie były kochankami króla. Zagadałam się z koleżanką i niewiele myśląc zrobiłam zdjęcie owym freskom (niestety nie wyłączyłam dźwięku). Do tej pory w tego typu obiektach można robić fotografie, tylko trzeba wyłączyć lampę flasha. Dosłownie po chwili, jeden z urzędników poderwał się z krzesła i szybko do nas podbiegł. Musiałyśmy pokazać mu aparaty i telefony. Na widok fotografii w moim bezlusterkowcu bardzo się zdenerwował i kazał natychmiast oddać sprzęt. Nie pomogły tłumaczenia, że nie zauważyłam znaku „no photo”, który widnieje przy wejściu do jaskini, bo szłam tuż za wysokim chłopakiem (serio!). Na nic zdały się przeprosiny i wyjaśnianie, że zdjęcie zostało zrobione bez lampy błyskowej, więc freskom nic się nie stało, w dodatku mogę w sekundę je usunąć i będzie po sprawie. Rozmowa zdecydowanie szła w złym kierunku, w dodatku miałam wrażenie, że do urzędników nie docierają moje słowa, ponieważ jestem dziewczyną. Część mojej grupy zostało, żeby mi pomóc, więc blokowaliśmy przejście, co bynajmniej nie ułatwiało dyskusji. Lankijczycy byli coraz bardziej wkurzeni i chcieli wyszarpać mi z rąk aparat. A ja uparcie nie chciałam im go oddać. Powiedzieli, że go konfiskują, a jak się nie zgadzam to wzywają policję, a ja mogę trafić do aresztu, a nawet więzienia. Stwierdziłam, że sytuacja robi się zbyt poważna, więc poprosiłam o rozmowę z ich szefem. Cały czas ich przepraszałam i powtarzałam, że usunę zdjęcie, ale równocześnie byłam coraz bardziej zdenerwowana i traciłam cierpliwość. Po mniej więcej 20 minutach, do rozmowy wtrącił się jeden z uczestników i stanowczym, ale spokojnym głosem powiedział praktycznie to samo, co ja mówiłam od samego początku. Przeprosił za zajście i obiecał, że skasuję zdjęcie. Urzędnicy nagle zmienili zdanie, stwierdzili, że policja nie jest potrzebna, przestali się ze mną szarpać, kazali usunąć fotografię, spisali krótki protokół (mieli całą listę osób, które zrobiły dokładnie to co ja) i powiedzieli, że ambasada skontaktuje się ze mną w tej sprawie. Nie dostałam mandatu, przy wylocie ze Sri Lanki nikt nie wspomniał o tym wydarzeniu, więc wydaje mi się, że tylko mnie nastraszyli. Skutecznie.

NAUKA NA PRZYSZŁOŚĆ

Jaki z tego morał? Czasami mężczyźni mogą zdziałać cuda. Byłam w szoku, że taka sytuacja przydarzyła mi się akurat na Sri Lance, a nie chociażby w Maroku. Oczywiście, od tamtego czasu, w każdym miejscu najpierw rozglądam się kilka razy, szukam znaków nakazów i zakazów, a gdy nie jestem pewna czy mogę robić zdjęcia pytam kogoś z obsługi. Mam nadzieję, że nie popełnicie mojego błędu, bo cała sytuacja była mocno stresująca i nieprzyjemna. Co więcej, okazało się, że podobno kilkanaście miesięcy wcześniej jakaś polska dziennikarka (blogerka?) zrobiła zdjęcia malowidłom i opublikowała je w internecie łamiąc dużo więcej zasad, niż ja. A jeszcze wcześniej ktoś sfotografował nieszczęsne freski, nie wyłączył flesza przez co kawałek malunku się ukruszył. Ponoć ta osoba spędziła w areszcie kilka miesięcy i od tego czasu wprowadzili całkowity zakaz robienia zdjęć…

CZY WARTO WYDAĆ 35$ NA BILET?

Wiele osób uważa, że 35 dolarów za wstęp do całego kompleksu pałacowego oraz na Lwią Skałę to zbyt wygórowana cena. Moim zdaniem widoki z Sigiriya robią ogromne wrażenie (przy kiepskiej widoczności, przy dobrej musi być naprawdę rewelacyjnie!), a sam obiekt jest ciekawy i miejscami nieźle zachowany (jak na ruiny z V wieku). Z drugiej strony, przy obecnym kursie, bilet kosztuje około 150 złotych, więc nie małe pieniądze, szczególnie jak na Sri Lankę. Całkiem rozsądnym rozwiązaniem jest wejście na bliźniaczą skałę o równie zakręconej nazwie – Pidurangala. Nie dość, że zobaczycie ten sam widok to w oddali ujrzycie samą Sigiriya (a bilet kosztuje kilka dolarów). To tak jak w Nowym Jorku można wejść na taras widokowy Empire State Building i ujrzeć całe miasto, ale tańszą i równie dobrą (jak nie lepszą) opcją jest wdrapanie się na Rockefeller Center skąd widać NYC i samo Empire. O Pidurangala możecie przeczytać u Damiana i Marty w TYM WPISIE.

Zachęcam również do obejrzenia filmiku autorstwa Damiana, który przedstawia Sigiriya oraz inne atrakcje Sri Lanki:

Więcej informacji o Sigiriya przeczytacie u ŁUKASZA oraz HANI. W ich postach znajdują się również zdjęcia fresków, ponieważ kilka lat temu można było robić im zdjęcia.

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco, śledząc gadulcowego FANPAGE’A, INSTAGRAM oraz SNAPCHATA (nick: gadulec)! Zachęcam również do zapisania się do NEWSLETTERA (ramka pod spodem) oraz pozostawienia komentarza pod wpisem. To bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem. Z góry dziękuję!

1 2 1