I

W Sajgonie mieszka około 8 mln osób i statystycznie, każda z nich posiada 2 skutery! Powoduje to, że poruszanie się pieszo po tym mieście jest nie lada wyzwaniem. Bowiem tutaj pieszy ma najmniej praw, musi ustępować każdemu pojazdowi nawet na pasach i zielonym świetle. Udało nam się przeżyć te kilka dni w dawnej stolicy Wietnamu, ale łatwo nie było 😉

Wietnamska wiza
Wiele osób nie wie, że wizę do Wietnamu bez problemu da się wyrobić w państwach sąsiednich np. Laos czy Kambodża. My oddaliśmy nasze paszporty w hostelu w Phnom Penh i w 24h mieliśmy je z powrotem. Wystarczy jedno zdjęcie i paszport. Nie jest wymagana promesa (tak jak w przypadku wizy „on arrival”, gdy wlatuje się do Wietnamu). Pośrednictwo kosztuje 1$. Czyli łącznie, miesięczna wiza do Wietnamu kosztowała nas 61$ (od osoby). Można oczywiście samemu udać się do konsulatu i również otrzyma się wizę w ciągu 24h, ale wynajem roweru też kosztuje 1$, a dzięki pośrednictwu oszczędzimy czas.

Atrakcje Ho Chi Minh City
Sajgon, czyli właściwie Ho Chi Minh City, jest dużym, różnorodnym miastem. Wszystkie tańsze i średniej klasy guesthouse’y czy hostele mieszczą się w dzielnicy pierwszej. Turystów jest mnóstwo, podobnie jak agencji, w których można kupić najróżniejsze wycieczki (większość na jednej, głównej ulicy). Zatrzymaliśmy się, wraz z parą Niemców poznanych w Kampocie, w hostelu, którego właścicielka zagadała nas przy wysiadaniu z autobusu. Bo jak to mawiają w Azji południowo-wschodniej – często hostel znajduje cię sam 😉 Blisko głównej ulicy i wszelakich knajpek, ale w cichej, ukrytej uliczce. Tylko właścicielka okazała się średnio miła.

Zwiedzanie Sajgonu rozpoczęliśmy od wizyty w ogromnym markecie Ben Thanh, szybko jednak uciekliśmy, bo sprzedawcy byli wyjątkowo natarczywi (jedna kobieta złapała mnie za rękę i nie chciała puścić…). Udaliśmy się też pod katedrę Notre Dame (ta w Paryżu ładniejsza) oraz główną pocztę. Wtedy też pierwszy raz w Azji, zobaczyliśmy liczne świąteczne dekoracje, a wszędzie w okolicy sprzedawano piękne, ręcznie wycinane kartki pocztowe (m.in. z motywem Bożego Narodzenia). Nie poszliśmy do Pałacu Zjednoczenia, ponieważ słyszeliśmy, że nie ma tam nic ciekawego. Wieczorem spotkaliśmy się z Janice i Aimie poznanymi w Luang Prabang. Dołączyliśmy do nich, gdy już siedziały w restauracji i potwierdziło się to, co czytaliśmy o normalnych (w europejskim znaczeniu) wietnamskich knajpkach. Jedzenie było drogie, niedobre, porcja mała, w dodatku do ceny z menu doliczono nam podatek nie wiadomo skąd i skasowano nas za mokre chusteczki. Lekcja numer jeden: uważaj na to co dają Ci na stół – za wszystko, czego nie zamówiłeś musisz zapłacić. Orzeszki czy mokre chusteczki NIE są za darmo. Pierwszy i ostatni raz jedliśmy w tego typu restauracji. Jak Wietnam to tylko uliczne jedzenie! Albo knajpki, gdzie jedzą sami lokalsi, najlepiej z małymi plastikowymi krzesłami. I normalnymi cenami. Po nieszczęsnej kolacji, wraz z całą ekipą z hostelu dziewczyn, poszliśmy na piwo. Słynne, tanie piwko Saigon jest faktycznie nie najgorsze. Jednak widząc tak dużą ekipę, jak nasza, wietnamscy naganiacze z każdego pubu wariują! Złapali chłopaków, którzy szli przodem i siłą zaciągnęli do jakiegoś pubu. Oczywiście ceny były dużo wyższe niż we wcześniej widzianych przeze mnie miejscach, ale naganiacze już zdążyli przekonać wszystkich, żeby zamówić dwie piwne wieże (kilka litrów w każdej). Lekcja numer dwa: bądź asertywny. Piwo kosztuje 10000 dongów, nie 30000.

Muzeum Pozostałości Wojennych
Kolejnego dnia postanowileiśmy się wyspać. Po podróżach nocnym autobusem człowiek zawsze jest niewyspany i obolały, wiec dobrze nam to zrobiło. Następnie udaliśmy się w bardzo ważne, acz przytłaczające miejsce. W muzeum spędziliśmy kilka godzin. Dowiedzieliśmy się dużo o konfliktach Wietnamu z Francją i przede wszystkim z USA. W muzeum jest mnóstwo zdjęć z czasów wojny (z okresu 1957 do 1975 roku). Znajdują się tam również wstrząsające fotografie dzieci oraz dorosłych osób, które wciąż cierpią z powodu ataku Amerykanów. Szkodliwy chemicznie środek, który w ogromnych ilościach rozproszono na południu kraju w latach 60-tych, powoduje, że wciąż kolejne pokolenia rodzą się okaleczone lub ciężko chore. Z muzeum wyszłam chyba jeszcze bardziej przygnębiona niż z Killing Fields koło Phnom Penh. Dobrze, że w okolicy jest kilka parków, w których można odetchnąć świeżym powietrzem i przemyśleć sobie wszystko raz jeszcze. Dodatkowo, w parkach w centrum, łatwo można natknąć się na studentów wietnamskich, których zaczepiają grzecznie turystów, bo chcą z nimi porozmawiać po angielsku. Fajna sprawa – nie dość, że dowiedzieliśmy się ciekawostek np. o wietnamskich przysmakach czy szkołach i uczelniach wyższych w Wietnamie, to jeszcze dostaliśmy przewodnik „Jak nie dać się oszukać w Ho Chi Minh”. Studenci są zdecydowanie milsi niż naganiacze z barów! 🙂 Wieczorem pojechaliśmy z Timo i Liną do China Town, żeby zjeść coś smacznego. Mieliśmy szczęście, że spotkaliśmy super Wietnamczyka, który zaprowadził nas do jednej knajpki – inaczej chyba musielibyśmy wrócić do dzielnicy pierwszej. China Town w Ho Chi Minh jednak nie jest taka jak w Bangkoku

 

Delta Mekongu
Z Sajgonu wybraliśmy się na dwudniową wycieczkę na Deltę Mekongu oraz dwa pływające markety. Nie jechaliśmy w tamte okolice na własną rękę, jak preferujemy, ponieważ jest to znacznie bardziej skomplikowane i droższe. Jednak z góry byłam przygotowana jak wygląda taka wycieczka. I nie myliłam się! Najpierw wsiada się na statek, płynie się do małego (marnego) pływającego marketu. Po kilkunastu minutach dopływa się do brzegu. A tam czeka na nas poczęstunek numer jeden: degustacja miodu. Do kupienia cukierki miodowe, orzeszki, miód-uzdrowiciel itd. Po 15 minutach idziemy dalej, chwilę oglądamy jak produkuje się cukierki kokosowe. Oczywiście później czeka nas poczęstunek numer dwa: cukierki kokosowe z dodatkiem duriana czy orzechów. Do kupienia oczywiście różne słodkości. Jeszcze tylko produkcja prażonego ryżu z degustacją numer trzy i  z powrotem jesteśmy na łódce. Przesiadamy się do czółna (wraz z przesympatycznymi Polakami mieszkającymi w Londynie – Asią i Arturem) i płyniemy wte i wewte w jakieś krzaki. Oczywiście znów wszystko trwa 15 min. Następnie jest lunch (porcja dziecięca) i mamy 22 min na przejażdżkę rozklekotanym rowerem. Wysepka jest ładna, ludzie żyją na niej bardzo skromnie. To chyba nie jest na pokaz (bo mam podejrzenia, że miód i cukierki to jedna wielka ściema). Ale mamy tak mało czasu, że niewiele da się zobaczyć. Po powrocie do autokaru rozdzielamy się – jedna grupa wraca do Sajgonu, kilkanaście osób zostaje. Całe szczęście, że wybraliśmy nocleg u rodziny (homestay). Nie dość, że w cenie była pyszna kolacja, to homestay okazał się najlepszym punktem całego programu. Wreszcie mieliśmy kilka godzin (a nie minut) na rozmowę z ciekawymi ludźmi z Belgii, Niemiec, Tajlandii, Hiszpanii czy Danii. W dodatku towarzyszył nam zabawny 12-letni „przewodnik”, który mieszka w sąsiedztwie i mówi po angielsku lepiej niż większość Wietnamczyków. Pokonał mnie w grach na tablecie niejeden raz! Okazuje się, że „Fruit Ninja” oraz „Dumb ways to die” są znane nawet na delcie Mekongu, gdzie jeszcze do niedawna nie posiadano prądu 😉

Rano pobudka, jak na homestay przystało, o 5:45. Po szybkim śniadaniu ruszyliśmy w drogę nad rzekę. Wsiedliśmy do kolejnej łódki, którą popłynęliśmy po naszego przewodnika (takiego „prawdziwego”, starszego i z licencją) oraz osoby, które spały w hotelu (niech żałują). Tym razem zobaczyliśmy duży pływający market. Mnóstwo łódeczek podpływało do nas z piciem, owocami, batonikami czy kokosami. Bez rewelacji. Ciekawe jest jednak to, że na licznych łodziach Wietnamczycy najzwyczajniej w świecie mieszkają. Także zamiast na zakupach warto skupić się na obserwacji okolicy. Tego dnia mieliśmy również okazję zobaczyć jak produkuje się makaron ryżowy (oczywiście mogliśmy go kupić) oraz pojechaliśmy do restauracji znanej z grillowanych dziwactw. Skosztowaliśmy szczura i żaby. Szczur (ponoć czysty, bo to wieś, a nie miasto) miał dobrą panierkę, samo mięso bez rewelacji. Żaba smaczna – ja już wcześniej jadłam żabie udka we Francji – smakuje trochę jak kurczak, trochę jak owoce morza. Spróbować węża się nie odważyliśmy – boimy się, że karma wróci i wąż nas ukąsi 🙂 W restauracji, jak wszędzie w Azji, były cudowne szczeniaczki. Oczywiście jak właściciele zobaczyli, że się z nimi bawię, zaczęli mnie straszyć, że one też są na grilla. Po czym dodali, że żartują, bo w Wietnamie owszem, jada się psy, ale nie swoje tylko sąsiada. No cóż, co kraj to obyczaj… Na sam koniec mieliśmy chwilę czasu na przespacerowanie się po miasteczku w okolicach delty Mekongu. Restauracja, przy której nas wysadzono oczywiście proponowała dania za minimum 70000 dongów. Odeszliśmy ulicę dalej i zauważyliśmy, że z bocznej małej uliczki cały czas ktoś wynosi tace pełne jedzenia. Niewiele myśląc udaliśmy się w tę uliczkę i nie pożałowaliśmy! Urocza starsza pani siedziała pośrodku wielu garów i przygotowywała pyszne potrawy. A w cenie 70000 dongów mieliśmy nie jedną, a trzy porcje! Taki Wietnam to ja rozumiem 😉

Wycieczkę mimo wszystko uważam za udaną, podobnie jak wizytę w mieście Sajgon. Warto obejrzeć filmik i przygotować się na takie 15-minutowe zwiedzanie delty Mekongu. Z drugiej strony za 20$ za dwa dni, trzy posiłki, nocleg, transport, przewodnika (a nawet dwóch ;)) nie można oczekiwać cudów. Trzeba się przyzwyczaić, że tak właśnie wygląda Azja południowo-wschodnia – turyści są prowadzeni za rączkę, bo przecież są nie poradni i może im się coś złego stać. I oczywiście każdy z nich to chodzący worek pieniędzy. Trochę ponarzekałam, ale nie martwcie się – i tak mi się tutaj bardzo podoba! 😀

 

Informacje praktyczne (21000 dongów = 1$, na złotówki jest to zbyt skomplikowane, 1$ = około 3,3 zł):
– autobus sypialny z Phnom Penh (Kambodża) do Ho Chi Minh (Wietnam) – 14$,
– wiza do Wietnamu wyrobiona w Phnom Penh – 60$ plus 1$ za pośrednictwo,
– dwuosobowy pokój ze śniadaniem i łazienką – 250000 dongów – ZAREZERWUJ NOCLEG w HCMC,
– duża woda mineralna – 6000-8000 dongów,
– spring rolls od pani na ulicy – 5000 dongów,
– zupa PHO (narodowe danie, mniam) – od 20000 dongów,
– 10 sporych sajgonek – 50000 dongów,
– kawa wietnamska (pycha!) – 10000-15000 dongów,
– cappuccino – od 40000 dongów,
– jedzenie w ulicznej taniej knajpce – od 20000 dongów, staramy się nie jeść dań droższych niż 50000 (8zł),
– niedobre jedzenie w porządnej (zabudowanej) restauracji – od 50000 (nie polecam restauracji! :D),
– wstęp do muzeum wojny – 15000 dongów,
– porządny manicure i pedicure z malowaniem paznokci – 100000 dongów (taniej i lepiej niż w Pai w Tajlandii!),
– dwudniowa wycieczka na Deltę Mekongu (transport, przewodnik, lunch, homestay, kolacja, śniadanie, rower, dużo szybkich atrakcji) – 420000 dongów,
– szczur/żaba z grilla – 30000 dongów (wąż 50000 – zabijany na miejscu – uderzeniem o ścianę…).

Pamiętajcie o projekcie Piątki z podróży. Wy również możecie przekazać symbolicznego piątaka! ;)
Fundacja „Król i Smok”
Nr konta: 21 1020 5242 0000 2102 0324 1874
Adres:
PKO BP O 9 we Wrocławiu
ul. Grabiszyńska 240
53-235 Wrocław

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco śledząc gadulcowego FANPAGE’A oraz INSTAGRAM!

121