Zdecydowaliśmy się zmienić nasz pierwotny plan podróży i zwiedzić również południowy Laos. Dzięki temu znaleźliśmy się w tak interesujących miejscach jak 7-kilometrowa jaskinia Kong Lor, płaskowyż Bolaven oraz Don Det, czyli jedna z 4000 wysp na Mekongu.

Kong Lor Cave
Aby odwiedzić słynną jaskinię najlepiej jechać bezpośrednim autobusem z Vientiane do małego miasteczka Kong Lor (codziennie o godzinie 10). Trzeba nastawić się na całodzienną jazdę zatłoczonym lokalnym środkiem transportu. Jednak droga jest dużo lepsza niż na północy kraju, więc podróż aż tak się nie dłuży. W dodatku w autobusie można zawrzeć nowe znajomości. My na przykład poznaliśmy 18-letnie Niemki – Finę i Alinę, z którymi podróżowaliśmy kolejny tydzień. Dziewczyny między liceum a studiami robią sobie roczną przerwę (gap year) co jest bardzo popularne w Niemczech (z tego kraju spotykamy najmłodszych podróżników).

Miasteczko Kong Lor jest pięknie położone, otoczone wzgórzami i polami ryżowymi oraz kukurydzianymi. Mieszkańcy są przemili, wszystkie dzieciaki z uśmiechem krzyczą „sabaidee” i chętnie pozują do zdjęć. Nieopodal płynie rzeka, w której miejscowi się kąpią czy piorą ubrania. A co najważniejsze prawie nie ma tu turystów. Zdecydowanie widać i czuć tutaj prawdziwy Laos – spokojny, nieco dziki, naturalny. Zamiast w zwykłym guesthousie, polecam nocleg u jednej z tutejszych rodzin tak zwany homestay. W cenie otrzyma się również smaczną kolację i śniadanie.

Obudzeni wcześnie rano przez zgiełk w miasteczku i pianie kogutów, ruszamy do jaskini Kong Lor. Znajduje się ona kilometr od miasteczka. Jest nas szóstka, ponieważ dogadaliśmy się z jeszcze jedną parą poznaną w Luang Prabang (spotkaliśmy się przypadkiem ponownie w tym samym autobusie z Vientiane – w Azji to norma, cały czas wpada się na ludzi poznanych wcześniej :)). Do łódki, którą przemierza się jaskinię mieszczą się 3 osoby, więc będąc w szóstkę zapłaciliśmy mniej niż jakbyśmy byli w czwórkę czy piątkę. Pierwsze co rzuca się w oczy to przejrzysta woda i wielkie wejście do jaskini. Wsiada się do małej wąskiej łódki i mknie przed siebie w ciemną otchłań. Momentami płynie się naprawdę bardzo szybko! Po kilkunastu minutach spędzonych w ciemnościach (latarki dają niewystarczającą ilość światła) wychodzi się na ląd żeby podziwiać piękne formacje skalne. Jest to jedyna w pełni oświetlona część jaskini. Kolejne pół godziny drogi i ponownie widzimy światło dzienne – dopływamy na drugi koniec jaskini, koło miasteczka Natan Village. Tutaj mamy chwilę dla dzieciaków na zbijanie piątek (więcej o naszym projekcie „Piątki w podróży” przeczytacie tutaj) i ruszamy w drogę powrotną. Łódka płynie jeszcze szybciej, ledwo widzę (a właściwie słyszę) kilka nietoperzy i już jesteśmy przy wejściu do jaskini.

Całość robi na nas spore wrażenie – pierwszy raz płynęliśmy przez jaskinię łodzią – jest to naprawdę świetne przeżycie! Kong Lor to dla mnie najciekawsze i najbardziej godne polecenia miejsce w południowym Laosie (a nawet całym kraju).



Płaskowyż Bolaven
Jednym z powodów małej liczby turystów w Kong Lor jest dość trudno dostępne położenie jaskini. Żeby dostać się do głównej drogi, łączącej Vientiane z Pakse musimy jechać dwoma różnymi tuk-tukami. Na skrzyżowaniu okazuje się, że szanse na złapanie nocnego autobusu do Pakse (taki mieliśmy plan) są znikome. Ostatecznie wsiadamy do zwykłego autobusu i przez pierwsze dwie godziny siedzimy na ziemi albo plastikowych krzesełkach. Na miejsce docieramy o 3:30, nie wiemy gdzie jesteśmy, w kilku guesthouse’ach nikt nam nie otwiera. Dopiero po ponad 30 minutach znajdujemy hotel, w którym możemy się zatrzymać za w miarę rozsądną kwotę najbliższe półtorej doby.

Wstajemy późno, zmęczeni po podróży, więc dopiero po 12 wypożyczamy skutery i ruszamy przed siebie. Chcemy zobaczyć wodospady, których jest kilka w okolicy oraz plantację kawy. Na płaskowyż docieramy po około 50 minutach, widoki całkiem ładne, sporo klimatycznych wiosek, sklepików z bananami czy wielkimi arbuzami (przy wyjeździe z Pakse, pycha!). Najpierw jedziemy na plantację kawy, bo nigdy na takowej nie byliśmy. Trafiamy na jedną z nich – pracownicy przyglądają nam się z zaciekawieniem, ale nikt nie mówi po angielsku. Chodzimy sobie swobodnie po plantacji, która jest bardzo duża – uprawiają na niej zarówno kawę jak i herbatę. Jednak na wycieczkę z przewodnikiem i samodzielne zbieranie kawy czy parzenie jej nie mamy co liczyć. W drodze powrotnej trafiamy do przyjemnej kawiarni Jhai Coffee House, w której pracuje Tyson z USA. Tłumaczy nam, że sezon na zbieranie kawy zacznie się dopiero za dwa tygodnie (koniec listopada) i potrwa dwa-trzy miesiące. Zamiast wycieczki po plantacji próbujemy kawy parzonej na kilka różnych sposobów i dowiadujemy się, że Jhai Coffee House wspiera miejscowe plantacje, radzi Laotańczykom jak najlepiej uprawiać kawę oraz buduje zbiorniki z czystą wodą w okolicy i uczy dzieciaki jak dbać o higienę osobistą. Okazuje się, że Laosie duża część populacji nie ma dostępu do bieżącej wody, a dzieci do 5-go roku życia często mają poważne problemy zdrowotne przez brak odpowiedniej higieny.

Następnego dnia wcześnie rano ponownie udajemy się na płaskowyż, by zobaczyć wodospady (dzień wcześniej zachód słońca nam to uniemożliwił). Należy uważać na drodze bezpośrednio do wodospadów, bo śliska powierzchnia i żwir przyczyniają się do częstych wypadków. Odwiedzamy dwa wodospady – Tad Itou oraz Tad Champi. Pierwszy jest imponującej wielkości – idealne miejsce na śniadanie. Drugi jest jeszcze ciekawszy, bo można się w nim kąpać i zobaczyć go tak jakby od drugiej strony.
Myślę, że warto zwiedzić płaskowyż Bolaven jeszcze dokładniej – wynająć motor na kilka dni i spać na przykład w Sekong czy Paksong. My niestety nie mieliśmy aż tyle czasu i zapłaciliśmy z góry za nocleg.



Don Det
Z Pakse najłatwiej i najtaniej dojechać do Naka Sang (skąd można złapać łódkę do Don Det lub Don Khon) zorganizowanym busem. Niestety jeżdżą one tylko rano, więc musieliśmy radzić sobie w inny sposób. Lokalsi jeżdżą z Pakse na południe Laosu nie autobusem, a tuk-tukiem. Także zamiast 2,5-godzinnej jazdy w klimatyzowaym busie czekała nas 4-godzinna podróż z przygodami. Najlepszym momentem była przerwa, w czasie której byliśmy oblężeni przez kobiety sprzedające różności do jedzenia i picia – z grillowanymi nietoperzami łącznie! Do Don Det płynęliśmy w idealnej atmosferze przy zachodzie słońca. Wszystko zapowiadało się wspaniale!

Bungalowy nad rzeką na wyspie są bardzo tanie – wszystkie z hamakami, na których można leżeć i odpoczywać. Ogólnie wyspa to idealne miejsce na relaks. Tutaj wszyscy sączą piwko, Lao Chito (mój ulubiony laotański drink) albo happy shake’i (w Laosie narkotyki są surowo zabronione, ale bardzo łatwo dostępne i nikt żadnym zakazem się nie przejmuje). Nawet właścicielka naszych bungalowów kilka razy wypiła „a little too much Lao Beer” i nie mogła przygotować nam kolacji 😉

Spędziliśmy tu kilka miłych dni, ale niestety nie dane nam było zrelaksować się w pełni – chcieliśmy nadrobić zaległości na blogu, zaplanować dalszą część podróży, zabukować bilety. Internet działał opornie, więc trochę się namęczyliśmy ze wszystkim, w dodatku okazałam się straszną niezdarą i wylałam nieszczęsne Lao Beer na laptopa Damiana. Komputer działa, ale klawiatura już nie, co zdecydowanie utrudnia nam życie. Dodatkowo ciężko było się wyspać, bo koguty pieją tu o każdej porze dnia i nocy, a motory jeździły nam zaraz nad głowami.

Jednak wyspa i okolice są na pewno warte odwiedzenia. Można wypożyczyć rower i pojechać na drugą wyspę Don Khon. Jest tam również bardzo fajna plaża (odważyliśmy się kąpać w Mekongu – nic nam się nie stało ;D) oraz wodospady. Inna atrakcja to całodniowa wycieczka obejmująca śniadanie, spływ kajakami, obserwowanie delfinów rzecznych, grill w lokalnej wiosce oraz podziwianie najszerszego wodospadu w Azji.

Oczywiście nie można pominąć osób, które poznaje się w podróży, bo dzięki nim pobyt nawet w zwykłym miejscu może stać się niezwykły. W Don Det spotkaliśmy przesympatyczną parę Polaków, która podróżuje już od półtorej roku. Przemek i Ania są zakochani w Indiach i co najlepsze – pochodzą ze Śląska! 🙂 Dalej spędzaliśmy czas z Aliną i Finą oraz ponownie przypadkowo wpadliśmy na ekipę poznaną w Luang Prabang. Bo w Laosie wszyscy podróżują z północy na południe lub w odwrotnym kierunku i wciąż natrafia się na te same osoby!



Informacje praktyczne (10 000 kipów = około 4 zł):
– autobus Vientiane – Kong Lor (80 000 kipów, 120 000 z transferem na południowy dworzec autobusowy),
– nocleg u rodziny z dwoma posiłkami – 75 000 za dwie osoby (możliwe, że da się taniej),
– wstęp do jaskini Kong Lor – 2 000 kipów wstęp do parku, 10 000 kipów bilet do jaskini, 100 000 trzyosobowa łódka – czyli jeśli jest się w trzy osoby płaci się najmniej, bo 45 400 kipów łącznie),
– UWAGA: jaskinia Kong Lor jest czynna października do marca!
– tuk-tuk Kong Lor – Ban Nahin oraz Ban Nahin – Vieng Kham (skrzyżowanie z główną drogą) – 50 000 kipów łącznie,
– autobus Vieng Kham – Pakse – 80/100 000 kipów,
– wypożyczenie skutera na 24h – 70 000 kipów,
– guesthousów w Pakse nie polecam, bo spaliśmy poza centrum,
– tuk-tuk na dworzec południowy w Pakse – 20 000 kipów od osoby,
– tuk-tuk („autobus”) Pakse – Naka Sang – 40 000 kipów,
– łódka na Don Det – 15/20 000 kipów (po zachodzie słońca drożej),
– domki nad rzeką od 20 000 kipów (!),
– śniadania w Don Det od 10 000 kipów,
– obiady od 15 000 kipów,
– całodniowa wycieczka (kajaki, delfiny, wodospad itp.) – 150 000 kipów,
– wynajęcie roweru – 10 000 kipów.

Pamiętajcie o projekcie Piątki z podróży. Wy również możecie przekazać symbolicznego piątaka! ;)
Fundacja „Król i Smok”
Nr konta: 21 1020 5242 0000 2102 0324 1874
Adres:
PKO BP O 9 we Wrocławiu
ul. Grabiszyńska 240
53-235 Wrocław

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco śledząc gadulcowego FANPAGE’A oraz INSTAGRAM!

 

121