plaze-kostaryki-puerto-viejo-minKostaryka zachwyciła nas zielenią, niezliczoną ilością dzikich zwierząt i mieszkańcami z niezwykle pozytywnym podejściem do życia. Odwiedziliśmy również kilka surferskich miejscowości – nad Pacyfikiem oraz Morzem Karaibskim. Ciężko powiedzieć czy bardziej podobała nam się Santa Teresa, w której surfowało nam się zdecydowanie najlepiej (biorąc pod uwagę całą Amerykę Środkową!) czy Puerto Viejo, w którym zostaliśmy dłużej, niż planowaliśmy przez beztroski reggae klimat i leniwce zaglądające do naszego hostelu.

CHILLOUT W SANTA TERESA

Dowiedzieliśmy się o tym miejscu od Amerykana poznanego w Nikaragui. Miłośnik surfingu, był w Santa Teresa już kilka razy, ale zawsze latał na półwysep Nicoya samolotem i myślał, że to jedyna opcja, żeby się tam dostać (lotnisko w Tambor obsługują linie Nature Air oraz Sansa Airlines). Na szczęście sprawdziliśmy inne, znacznie tańsze możliwości, mianowicie transport morski oraz autobus. Z Puntarenas prom odpływa kilka razy dziennie do miejscowości Paquera, która znajduje się już na półwyspie. Stamtąd najlepiej złapać autobus do Cóbano, gdzie należy przesiąść się w busa do Santa Teresa. Podróż zajmuje dużo czasu, ponieważ droga na ostatnim odcinku jest bardzo wyboista.

Pierwsze wrażenie? Nie rozumieliśmy czym się ci wszyscy ludzie zachwycają… Jedna główna ulica (wyjątkowo ruchliwa jak na taką mieścinę), przy niej same hotele, guesthouse’y i knajpy, a ceny, oczywiście, z kosmosu. Dopiero po godzinie znaleźliśmy hostel na naszą kieszeń. Ogarnęliśmy się, odwiedziliśmy lokalny supermarket (ceny również dużo wyższe, niż „na lądzie”, ale do przeżycia), a popołudniu poszliśmy na plażę. Było bajkowo! Teraz wszystko stało się jasne: zachody słońca nad Pacyfikiem nie mają sobie równych. Złota godzina, surferzy łapiący fale, dźwięk bębnów, joga na cieplutkim piasku… Byliśmy pewni, że pokochamy to miejsce (i nie myliliśmy się)!

Następnego dnia wypożyczyliśmy deskę surfingową i po raz kolejny spróbowaliśmy swoich sił w tym sporcie. Szło nam dużo lepiej, niż w Salwadorze (szczególnie Damianowi). Ocean piętrzył się blisko brzegu i łatwiej było złapać falę. Poszliśmy również na spacer i znaleźliśmy fantastyczną huśtawkę na plaży. Dodatkowo, w miejscowym supermarkecie, odkryliśmy polskie piwo i sprawdziliśmy jak smakuje w wersji środkowoamerykańskiej, czyli z limonką (nie polecamy :P). Mieliśmy również hostel z kuchnią i pięknym ogrodem, więc dużo gotowaliśmy i spędzaliśmy czas z innymi gośćmi.

Santa Teresa nie należy do najtańszych miejscowości. Jest nastawiona na majętnych, wyluzowanych surferów pochodzących przede wszystkim z USA. W okolicy znajduje się mnóstwo pięknych zakątków (plaże, wodospady, tereny chronione) i żałuję, że nie mieliśmy czasu oraz środków na dokładniejszą eksplorację całego półwyspu Nicoya. Jeśli kiedykolwiek tam wrócę (a mam taką nadzieję) na pewno wypożyczę quada (albo chociaż rower haha) i wybiorę się na niejedną wycieczkę.

REGGAETON W PUERTO VIEJO

Niechętnie opuściliśmy Santa Teresę i ruszyliśmy w dalszą podróż. Czekała nas 1,5-dniowa eskapada. Najpierw pół dnia wracaliśmy do Puntarenas (bus → autobus → prom), gdzie zdecydowaliśmy się zostać na noc, bo nie chcieliśmy włóczyć się po stolicy o 22:00. Rano złapaliśmy wypasiony, klimatyzowany autokar do San José, „zwiedziliśmy” miasto idąc na inny dworzec autobusowy i kupiliśmy bilety do Puerto Viejo de Talamanca.

Pokonanie całej trasy (220 km) zajęło nam ok. 4,5h. Widoki były fenomenalne, ponieważ jechaliśmy przez centralną, bardzo zieloną część Kostaryki. Dodatkowo mieliśmy jedną dłuższą przerwę na dworcu autobusowym w Limón. Do celu dotarliśmy po zmroku i bez większych problemów trafiliśmy do hostelu znalezionego wcześniej na Bookingu. Bynajmniej nie było to spełnienie noclegowych marzeń, ale w tej cenie nie spodziewaliśmy się luksusów. Dzień później okazało się, że guesthouse jest bardzo klimatyczny, prowadzony przez sympatyczną parę kanadyjsko-kostarykańską, a w dodatku znajduje się tuż przy lesie, z którego całą noc dochodzą niezwykłe odgłosy (raczej usypiają, a nie przeszkadzają).

Pierwszego dnia, w czasie śniadania (zrobiliśmy je sobie sami, ponieważ mieliśmy do dyspozycji kuchnię; TIP GADULCA: restauracje w Kostaryce są bardzo drogie, więc oszczędziliśmy mnóstwo pieniędzy przyrządzając większość posiłków w hostelach) ktoś zawołał z ogrodu: Leniwiec, leniwiec, jaki słodki! Zobaczyliśmy wtedy tego uroczego zwierzaka pierwszy raz w życiu! Siedział na drzewie i chyba nie był typowym przedstawicielem swojego gatunku, ponieważ cały czas się ruszał. W ciągu kilkunastu minut przeszedł po gałęziach pod dach naszego guesthouse’u i zawędrował do lasu po drugiej stronie domu! Rozkoszny widok i wyjątkowo nieleniwy leniwiec 😀

Samo miasteczko upodobali sobie backpackerzy i hippisi. Pełne sklepików z pamiątkami, restauracji oraz fancy knajpek (można nawet zjeść sushi i napić się wymyślnych kaw). Na szczęście jest także kilka supermarketów, a wieczorami mieszkańcy otwierają przydrożne budki z tanim jedzeniem typu szaszłyki, więc bez obaw – nie trzeba wydawać majątku. Generalnie klimat panujący w Puerto Viejo bardzo nam odpowiadał (było sporo turystów, ale nie za dużo, poza tym łatwo można było znaleźć spokojniejsze miejsca). Wylądowaliśmy nawet na imprezie na pobliskim campingu – 2 „parkiety”, dużo reggae, dancehallu i pozytywnych wibracji.

PUNTA UVA I PUNTA MANZANILLO

Jednego dnia wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy wraz z hostelową ekipą na plażę i punkt widokowy Punta Uva (9 km). Przejrzysta, błękitna woda, żółtobiały piaseczek, palmy tuż przy brzegu i miłe towarzystwo – po prostu bajka! Nie ma co ukrywać: Morze Karaibskie oferuje piękniejsze plaże, niż Pacyfik. Za to zachody słońca nad Oceanem Spokojnym są najcudowniejsze. Warto pójść na spacer wzdłuż brzegu i wdrapać się na pobliski punkt widokowy, z którego można podziwiać morze i mały klif. Na plaży znajdują się bodajże dwie knajpki.

Innym razem wybraliśmy się na wycieczkę do Punta Manzanillo, tuż koło Playa Grande oraz rezerwatu Gandoca Manzanillo National Wildlife Refuge. Postanowiliśmy jechać autostopem. Niestety przez 30 czy 40 min nic nie złapaliśmy, a w międzyczasie podjechał autobus, więc wsiedliśmy do niego nie chcąc tracić więcej czasu. W drodze powrotnej było dużo prościej – kilkunastokilometrowy odcinek przejechaliśmy dwoma samochodami (jeden prowadzili turyści, a drugi lokalsi). Plaża jest długa, dość zatłoczona, ale bardzo ładna. Warto odwiedzić pobliski rezerwat przyrody – prawdziwa dżungla pełna praktycznie pustych plaż, zwierzaków, bujnej roślinności oraz malowniczych zakątków. UWAGA! Jeśli chcecie przejść całą ścieżkę koniecznie zabierzcie odpowiednie ubranie, pełne obuwie oraz zapas wody. My zrezygnowaliśmy z powodu złego ubioru, późnej pory oraz błotka.

Ostatniego dnia odwiedziliśmy fantastyczny Park Narodowy Cahuita – szczegóły w kolejnym tekście.

WAŻNE: w Puerto Viejo i okolicy również można surfować, ale wymaga to dużo większych umiejętności, niż łapanie fal w spotach nad Pacyfikiem.

SURFING W DOMINICAL

Opuściliśmy Puerto Viejo bardzo niechętnie, ale dostaliśmy zlecenie na montaż filmu w okolicy Manuel Antonio, więc musieliśmy ruszać dalej. W Kostaryce odwiedziliśmy jeszcze jedną plażę – w małej mieścinie Dominical. Samo miasteczko i plaża są dość zwyczajna, ale to kolejne świetne miejsce na naukę surfingu (albo po prostu surfing – zawodowcy również będą mieli tu radochę). Przy okazji byliśmy świadkami jednego z najpiękniejszych zachodów słońca w naszym życiu. Wiem, jestem monotonna z tym słońcem, ale spójrzcie sami na te zdjęcia!

INFORMACJE PRAKTYCZNE

(1000 CRC [colónes] = nieco ponad 6 PLN; kurs na dzień dzisiejszy tj. 17.09.18; ceny z marca 2018)

  • prom z Puntarenas do Paquera – 810 CRC,
  • droga z Paquera do Santa Teresa (2 autobusy miejskie) – 2400 CRC,
  • łóżko w Kokua Hostel w Santa Teresa (w 4-osobowym dormie) – ok. 7000 CRC (wspólne łazienki, do dyspozycji kuchnia i rowery – o ile nie są w naprawie),
  • wypożyczenie deski surfingowej na 24h – 4500 CRC,
  • nocleg w dwuosobowym pokoju z prywatną łazienką w Puntarenas – 12.000 CRC (ok. 20 USD),
  • kolacja dla 1 os. w chińskiej knajpce w Puntarenas – ok. 3000-4000 CRC,
  • cappuccino – od 1200 CRC,
  • autokar z Puntarenas do San Jose – 2750 CRC,
  • autobus z San Jose do Puerto Viejo – 5600 CRC,
  • nocleg w dwuosobowym pokoju w hostelu Caribbean (kiedyś Blue Butterfly) w Puerto Viejo – 15.000 CRC (wspólne łazienki, do dyspozycji kuchnia),
  • nocleg w dwuosobowym pokoju w Cabinas Sun Dancer w Dominical – 11.300 CRC (wspólna łazienka, basen, do dyspozycji kuchnia)

Która plaża podoba Wam się najbardziej? Byliście kiedyś w Kostaryce? A może wybieracie się tam niebawem?

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco, śledząc gadulcowego FANPAGE’A oraz INSTAGRAM. Zachęcam również do zapisania się do NEWSLETTERA (co 2-3 tygodnie wysyłam osobiste listy, z niepublikowanymi wcześniej informacjami i zdjęciami), subskrybowania naszego KANAŁU NA YOUTUBE oraz pozostawienia komentarza pod wpisem. To bardzo mobilizuje do dalszej pracy nad blogiem. Z góry dziękuję!

wyszukaj lotywynajmij samochódzarezerwuj pokój

Jeśli przydały Wam się porady zamieszczone na Gadulcu i jesteście w trakcie planowania własnej podróży, będziemy bardzo wdzięczni za dokonanie rezerwacji przez powyższe linki. Nie martwcie się – to nie wpłynie na cenę noclegu, samochodu czy lotu, a dzięki prowizji będziemy mogli dalej rozwijać bloga. Dzięki! :)