IMG_2224

Nasza podróż oficjalnie rozpoczęła się 1.10. Bez większych problemów dotarliśmy do Rzymu, gdzie spędziliśmy dobę krążąc po włoskich uliczkach, jedząc pizzę, gelato i pijąc przepyszną kawę. Sporą część dnia spędziliśmy z Niemkami, które podobnie jak my korzystały z Couchsurfingu. Tylko jedna rzecz nie poszła zgodnie z planem – przed samym wylotem do Kolombo okazało się, że Damian ma nowe sandały w dwóch różnych rozmiarach. On był lekko rozzłoszczony, a ja rozbawiona 😉

Prawdziwa przygoda rozpoczęła się na Sri Lance. Kłopoty mieliśmy od samego początku – nasz samolot do Bangkoku odlatywał dopiero po 21 godzinach, więc chcieliśmy wyjść z lotniska i pojechać do centrum. Okazało się, że żeby dostać darmową wizę na dwa dni (transit visa) należy mieć zakwaterowanie w hotelu. Tak przynajmniej mówił pierwszy jegomość. Inny, kalecząc angielski, stwierdził, że nie możemy nic załatwić w miejscu, gdzie wydaje się wizy chyba, że chcemy wydać 35$ na osobę (i mieć niepotrzebnie wizy na 30 dni). Następnie kazano nam udać się do Szefa Departamentu Imigracyjnego. Ten kazał nam po prostu iść do bramek i poprosić Pana, który wbija stemple, żeby nas wypuścił. Pan od stempli najpierw stwierdził, że nie ma możliwości, żebyśmy wyszli. Po chwili zmienił jednak zdanie i stwierdził, że za 10$ od osoby wyda nam specjalną jednodniową wizę (która nie istnieje tak naprawdę). Odeszliśmy na bok, żeby się chwilkę zastanowić. Postanowiliśmy spróbować jeszcze raz, u innego Pana. Trafiliśmy idealnie! Przemiły człowiek dał nam szansę na odwiedzenie Kolombo totalnie za darmo. Obeszło się bez łapówek, rozpaczliwego błagania czy płaczu 😉

Zadowoleni, rozpoczęliśmy poszukiwanie taniego transportu, który zawiezie nas do centrum. Poszło nam całkiem sprawnie i już po chwili siedzieliśmy w lodowatym autobusie, pełnym mieszkańców Sri Lanki. Mimo 3 godzin snu całą drogę byliśmy bardzo podekscytowani! Po godzinie dotarliśmy do celu. Postanowiliśmy powłóczyć się po okolicznym targu. Już po chwili zorientowaliśmy się, że stanowimy nie lada atrakcję dla mieszkańców Kolombo. Faktycznie – przez cały dzień, poza lotniskiem, spotkaliśmy może 15 osób o białym kolorze skóry. Każdy kierowca tuk-tuka zagadywał nas i chciał nas gdzieś podwieźć (po 15 minutach robi się to bardzo uciążliwe), ludzie bacznie nas obserwowali. Po chwili na ulicy zaczepił nas miły, dobrze ubrany Pan, mówiący nieźle po angielsku. Zaczął przyjemną rozmowę i po chwili spytał czy słyszeliśmy, że dzisiaj do miasta, pierwszy raz od 50 lat przyjeżdża Bardzo Ważny Ktoś. My oczywiście, niczego się nie spodziewając, odpowiedzieliśmy, że o niczym nie wiemy. On zaś stwierdził, że przy świątyni, do której właśnie idzie, od rana trwają obchody z okazji przyjazdu Ważnego Ktosia, że jest tam 40 słoni i większość mieszkańców. W momencie złapał tuk-tuka i zachęcił żebyśmy się do niego dołączyli. Możliwość zobaczenia tylu słoni i całej uroczystości wydała się kusząca, więc niewiele myśląc, wsiedliśmy. Po kilku minutach „szanowny” Pan wysiadł, twierdząc, że idzie do swojego biura i zaraz do nas dołączy. Oczywiście my mieliśmy jechać dalej i zapłacić za cały przejazd. Od razu zatrzymaliśmy kierowcę, po czym usłyszeliśmy, że 10 minut jazdy kosztowało nas 20$. Powiedzieliśmy, że nie mamy tylu pieniędzy przy sobie, wcisnęliśmy mu 2$ i uciekliśmy. W ciągu kilku godzin zwiedzania Kolombo tego typu historia przytrafiła nam się jeszcze dwukrotnie (oczywiście byliśmy już mądrzejszy i nie wsiedliśmy z nikim do żadnego tuk-tuka).

Kolombo nie jest zbyt pięknym miastem. Większa jego część jest brudna i śmierdząca. Udało nam się odnaleźć całkiem ładną wysepkę (pełną zakochanych par – tylko tam widzieliśmy trzymających się za ręce miejscowych). Obok, również na wyspie, mieściła się urocza świątynia – Gangaramaya Temple (inaczej nazywana Seema Malaka). Gdy przechodziliśmy koło niej trafiliśmy akurat na ślub, jakiejś zamożnej rodziny! Godny uwagi jest również Park Viharamahadevi – pełno w nim różnorodnych drzew (mnóstwo rodzajów palm na przykład Travelers Palm, mahoń, heban, drzewo cynamonowe), w dodatku na kilku z nich spokojnie wisi sobie cała masa nietoperzy. Nie zobaczylibyśmy tych wszystkich ciekawostek , gdyby nie kolejny Jegomość, lekko podpity, mówiący dobrze po angielsku, rosyjsku i niemiecku (znał nawet kilka polskich słów!). Zagadał nas w czasie robienia zdjęcia z Buddą i oprowadził po całym kompleksie. Oczywiście na koniec poprosił o zapłatę – nie byliśmy zbyt szczęśliwi, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że wolimy dać dolara jemu niż kolejnemu „tuk-tuk naciągaczowi”.

Przed powrotem na lotnisko odpoczęliśmy chwilę na plaży w parku Galle Face Green, blisko centrum miasta – całkiem przyjemne miejsce (poza publiczną toaletą!). Odkryliśmy też, że na Sri Lance istnieje World Trade Center. Na koniec czekała nas przeprawa przez bardzo zatłoczony targ w dzielnicy Pettah – takiego tłumu dawno nie widziałam, w dodatku było już po zmroku, a pośród targujących się i krzyczących ludzi jeździło mnóstwo skuterów, a nawet wielkich samochodów. Nie wiem jakim cudem w takich warunkach nikomu nie dzieje się krzywda.

Lecieliśmy do Bangkoku. Po 3 godzinach lotu (i snu – znów straciliśmy noc), dotarliśmy do tego owianego złą sławą miasta. Byliśmy przygotowani na najgorsze. Taksówkarze, którzy wyłudzają miliony batów, wszechobecny tłum, krzyczący tuk-tukowcy, istna sodoma i gomora.

Jesteśmy w stolicy Tajlandii od dwóch dni i na ten moment stwierdzam, że wszystkie te opinie są (przynajmniej według mnie i Damiana) mocno przesadzone. Kto uważa, że Bangkok jest okropnym, głośnym i nieprzyjemnym dla turystów miastem – zapraszam do Kolombo 😉 Oczywiście, z pewnością wszystko zależy od tego, na kogo się trafi i na ile jest się świadomym chociażby cen za taksówki czy jedzenie. My staramy się wszystko sprawdzać w przewodnikach i internecie oraz dopytywać się o szczegóły bardziej doświadczonych podróżników. Jak na razie Bangkok nam się podoba – a o tym dlaczego napiszę w kolejnym poście.

INFORMACJE PRAKTYCZNE (KOLOMBO)

– autobus klimatyzowany lotnisko-centrum – 120 rupii (około 3 zł), jest też miejscowy, tańszy ale nie udało nam się go odnaleźć
– 4-kilometrowy kurs tuk-tukiem – maksymalnie 200 rupii (niecałe 5 zł)
– obiad w ulicznej knajpce – około 300-400 rupii (7-10 zł)
– coca-cola 200 ml w barze przy ulicy – 40 rupii (1 zł)
– woda w sklepie 1,5 l – 60 rupii (1,5 zł)
– uwaga na naciągaczy – szczególnie tych ładnie ubranych, dobrze mówiących po angielsku, opowiadających o słoniach i wielkim wydarzeniu, które odbywa się akurat w dzień Waszego pobytu w Kolombo!
TUTAJ możesz zarezerwować nocleg w stolicy Sri Lanki.

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco śledząc gadulcowego FANPAGE’A oraz INSTAGRAM!

121