Wejście na wulkan Teide

Chcieliśmy zakończyć nasz 2,5-miesięczny pobyt na Teneryfie z przytupem. Stwierdziliśmy, że najlepszą do tego okazją będzie wejście na wulkan Teide, czyli najwyższy szczyt Hiszpanii. Szczyt zdobywaliśmy nocą, ponieważ nie udało nam się załatwić ani specjalnego pozwolenia ani noclegu w schronisku Altavista. W poniższym tekście znajdziecie wszystkie szczegóły trekkingu na Pico del Teide.

DLACZEGO WCHODZILIŚMY NA WULKAN TEIDE NOCĄ?

W parku byliśmy już wcześniej dwukrotnie o czym wspominałam między innymi w TYM TEKŚCIE. Księżycowy krajobraz, ciekawe formacje skalne, kamienie i mało roślinności – tak w wielkim skrócie wygląda cała okolica.

Od razu trzeba wyjaśnić najważniejszą kwestię: aby wejść na szczyt El Teide należy mieć pozwolenie, które można wyrobić online na TEJ STRONIE. Jest ono bezpłatne, jednak może je otrzymać jedynie 200 osób dziennie. Wybiera się konkretny dzień oraz godzinę (np. 9:00-11:00). Aktualnie (koniec sierpnia) najbliższy dostępny termin to druga połowa października. Inną opcją jest nocleg w schronisku Altavista, który zwalnia nas z obowiązku posiadania pozwolenia. Niestety noclegi w sezonie również należy rezerwować ze znacznym wyprzedzeniem. Kiedy zdecydowaliśmy się na trekking było już za późno na wyrobienie dokumentu, a schronisko było pełne do końca miesiąca (dodatkowo ograniczała nas praca – tak naprawdę mieliśmy wybór tylko pomiędzy dwoma dniami/nocami). Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się na nocne wejście, przy czym nie zachęcamy nikogo do takiej formy zdobycia Teide, ponieważ jest to dość niebezpieczne i (co tu dużo ukrywać) nie do końca legalne. Potraktujcie to rozwiązanie jako ostateczność. Jeśli wybieracie się na Teneryfę na tydzień czy dwa znacznie łatwiej wszystko zaplanować i dopełnić wszystkich formalności do czego szczerze zachęcam.

JAK WYGLĄDA NOCNE WEJŚCIE?

Z Los Abrigos, gdzie przez ponad dwa miesiące byliśmy na wolontariacie w hostelu, wyruszyliśmy około godziny 23:15. Wypożyczoną „białą strzałą” szybko znaleźliśmy się na trasie TF-21, która prowadzi do samego parku narodowego. Ku naszemu zdziwieniu, mimo późnej pory, ruch był całkiem spory, szczególnie w przeciwną stronę. Po mniej więcej godzinie i 10 minutach dotarliśmy na parking, przy którym zaczyna się szlak pieszy do schroniska (następnie wiedzie na sam szczyt). Wszystko jest zaznaczone na aplikacji maps.me, którą po raz kolejny serdecznie polecam. Korzystaliśmy z niej zarówno podczas tego trekkingu oraz wędrówki po górach Anaga. Trasa zaczyna się 2,5 kilometra za zjazdem do dolnej stacji kolejki Teleférico (jadąc od Los Cristianos / Las Americas itp.). Na parkingu było dość dużo samochodów, ale obstawialiśmy (i słusznie), że zdecydowana większość właścicieli smacznie śpi w schronisku znajdującym się ponad 900 metrów wyżej. Prócz nas, w tym samym momencie, wyruszała jeszcze tylko jedna 3-osobowa grupka ludzi. Szybko się przebraliśmy (było kilka stopni chłodniej, niż nad oceanem, ale bez tragedii – wciąż około 20 stopni Celsjusza). Księżyc świecił bardzo mocno (parę dni wcześniej była pełnia), więc z początku korzystaliśmy tylko z jednej czołówki, by po chwili w ogóle ją wyłączyć. Pierwszy odcinek drogi był bardzo łatwy i przyjemny: szeroka szutrowa droga, którą spokojnie przejedzie samochód terenowy. Podejście nie było strome, tylko co jakiś czas mijaliśmy groźnie wyglądające głazy. Pierwszy raz byliśmy w górach w środku nocy – przyznam szczerze, że to bardzo dziwne uczucie. Najpierw człowiek czuje się dość nieswojo, co chwilę rozgląda się na boki i nasłuchuje. Dopiero po dłuższej chwili uspokaja się i zaczyna doceniać wszechobecną ciszę i niczym nie zamącony spokój.

Po około półtorej godziny (4,5 kilometra, 370 metrów przewyższenia) dotarliśmy do tabliczki informacyjnej, za którą droga zmieniła się w wąską i znacznie bardziej wymagającą ścieżkę. Szliśmy dużo wolniej, ponieważ ten odcinek był znacznie bardziej stromy i kręty. Tym razem bardzo przydały się nam latarki, a dodatkowo, na wszelki wypadek, co jakiś czas sprawdzaliśmy na telefonie czy nie zbaczamy ze szlaku (ścieżka była dość dobrze widoczna, ale woleliśmy mieć pewność, że idziemy w dobrym kierunku). Pokonaliśmy ten 2,5-kilometrowy odcinek i aż 550 metrów przewyższenia (!) w mniej więcej 2 godziny, co oznacza, że droga od parkingu do schroniska zajęła nam łącznie 3,5 godziny. Dodam tylko, że nasi znajomi szli 4h15min, a mężczyzna spotkany w Altavista tylko 2 godziny (wszyscy, podobnie jak my, wchodzili nocą).

Była 4 w nocy, w schronisku jeszcze wszyscy spali, na ławeczkach siedziało dwóch czy trzech piechurów, którzy zdecydowali się na zdobycie Teide nocą tak jak my. Szybko dopadło mnie zmęczenie, siadłam w kącie „wiatrołapu” i przysnęłam na niecałe pół godzinki, a Damian w tym czasie uczył się hiszpańskiego na telefonie (jego pomysły czasem naprawdę mnie zaskakują :D). Jak tylko usłyszałam głosy ze środka i zobaczyłam światło postanowiłam grzecznie zapukać i spytać czy możemy napić się kawy lub herbaty. Miła, młoda dziewczyna, która pracuje w Altavista bez problemu wpuściła nas do środka. I całe szczęście, bo robiło się coraz chłodniej i wietrzniej.

Schronisko dysponuje trzema sypialniami, kuchnią, jadalnią i łazienką (bez pryszniców). Znajduje się na wysokości 3260 metrów n.p.m., mieści 54 osoby i zostało zbudowane w 1892 roku (w 2007 przeszło gruntowny remont co widać na pierwszy rzut oka – jest naprawdę ładne i zadbane). Znajdują się w nim automaty z napojami, słodyczami i gorącą kawą, herbatą oraz czekoladą (nie ma żadnego baru czy bufetu). Można się tu zatrzymać tylko na jedną noc i nie trzeba brać śpiworów, ponieważ otrzymuje się pościel. Jest czynne cały rok (chyba, że warunki pogodowe są bardzo niekorzystne).

WSCHÓD SŁOŃCA I „KRÓL LEW”

Ogrzaliśmy się, zjedliśmy pyszne kanapki z kurczakiem (własnej roboty) i o 5:30 ruszyliśmy na szczyt. Wschód słońca miał być dokładnie o 7:35, więc daliśmy sobie pół godziny zapasu, ponieważ droga ze schroniska na Pico del Teide zajmuje około 1,5h. Tym razem nie szliśmy sami, bowiem większość turystów nocujących w Altavista chciało przywitać nowy dzień na najwyższym wierzchołku Hiszpanii. Droga nie była trudniejsza, niż poprzedni odcinek, jednak zmęczenie coraz bardziej dawało nam się we znaki. W dodatku wiało coraz bardziej – dobrze, że kolega z hostelu pożyczył mi swoją kurtkę – w najchłodniejszym momencie miałam na sobie oddychający t-shirt, cienką bluzkę z kapturem, dwie bluzy i kurtkę. Trzeba zaznaczyć, że niektórzy mieli czapki, rękawiczki i grube, zimowe skarpety (za to Damian był w koszulce i bluzie i utrzymywał, że mu ciepło). Tak czy siak polecam wziąć zapas ciepłych rzeczy – lepiej mieć więcej, niż mniej – nawet w środku lata. Po godzinie dotarliśmy do górnej stacji kolejki, a kolejne 30 minut wchodziliśmy na szczyt (w tym miejscu trasa była najbardziej stroma). Była dopiero 7:00 i wiało niemiłosiernie, więc ukryliśmy się między skałami i czekaliśmy na wschód. Z minuty na minutę było coraz jaśniej, a miejscami spod kamieni buchała gorąca siarka (śmierdziało, ale nie tak bardzo jak na wulkanie Bromo w Indonezji). Z oddali widzieliśmy migoczące światełka w Puerto de la Cruz oraz innych miastach Teneryfy. Nad nami świecił delikatny księżyc, a na horyzoncie pojawiały się pierwsze promienie słońca. Staliśmy na tych 3718 metrach n.p.m. po całonocnym trekkingu i nie do końca wierzyliśmy, że wszystko poszło zgodnie z planem. Zmęczeni, ale dumni i szczęśliwi – to był nasz pierwszy tak duży, wspólny, górski wyczyn (a dodatkowo najwyższy szczyt, który zdobył Damian). Wreszcie pomarańczowa kula zaczęła wychylać się zza horyzontu – naszym oczom ukazał się przepiękny spektakl kolorów, a jeden z piechurów zaczął nucić początek piosenki z „Króla Lwa” (Krąg życia – to ten utwór, który zaczyna się od wschodu słońca na sawannie, a potem Rafiki przedstawia Simbę wszystkim zwierzętom). To był zdecydowanie jeden z tych momentów, które wspomina się do końca życia. Tego po prostu nie da opisać się słowami, to trzeba przeżyć. W takich chwilach rozumiem mojego Tatę i wszystkie osoby, których największą pasją są góry, przekraczanie kolejnych barier, zdobywanie coraz wyższych szczytów i pokonywanie swoich słabości…

SZYBKI POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI

Słońce, jak to zwykle bywa, szybko wzbiło się ku górze, a my po krótkiej sesji zdjęciowej zeszliśmy ciut niżej, by osłonić się przed wiatrem i zaczekać, aż po zachodniej stronie ukarze się słynny cień Teide. Faktycznie po chwili ujrzeliśmy ciemny trójkąt, który na tle oceanu i chmur robił duże wrażenie. Tuż po 8:00 rozpoczęliśmy wędrówkę w stronę samochodu. Musieliśmy dość szybko zejść poniżej górnej kolejki Teleférico, żeby przypadkiem nie spotkać strażnika parku i nie mieć niepotrzebnych nieprzyjemności. Za dnia wszystko wyglądało inaczej, więc droga powrotna niezbyt się dłużyła – wreszcie mogliśmy podziwiać cudne widoki i zachwycać się „księżycowo-marsową” okolicą. Największym problemem był wiatr, który wcale nie zelżał – połowę drogi szłam w bluzie, mimo że słońce grzało niemiłosiernie. Pod schroniskiem zrobiliśmy sobie krótką przerwę i porządnie nasmarowaliśmy się kremem z wysokim filtrem. Dawno nie miałam tak spierzchniętych ust – dochodziły do siebie prawie tydzień. Zejście zajęło nam około 2,5h – pod koniec szliśmy na skróty, a nie po szerokiej drodze szutrowej. Po drodze mijaliśmy turystów, którzy dopiero zaczynali wędrówkę, a przez silne słońce już wyglądali na bardzo zmęczonych. Wtedy pomyśleliśmy, że chodzenie nocą po górach, które znajdują się w pobliżu gorącej Afryki ma swoje zalety. Do auta przyszliśmy przed godziną 11:00, co oznacza, że cała wycieczka trwała równo 10 godzin. Najtrudniejszy okazał się powrót samochodem do hostelu – pod koniec Damian, który kierował był tak zmęczony, że zachowywał się jak na haju (naprawdę gadał głupoty i dosłownie padał na twarz, chciałam go zmienić, ale woda i moje ciągłe gadanie trochę pomogły, więc dotarliśmy szczęśliwie do Los Amigos). Byliśmy padnięci, prawie cały dzień przespaliśmy, dopiero koło 19:00 zaczęliśmy w miarę normalnie funkcjonować.

CZY DOPADŁA NAS CHOROBA WYSOKOŚCIOWA?

Ani w czasie trekkingu, ani na szczycie nie czuliśmy się źle (w czasie wędrówki na Jebel Toubkal w Maroku było sto razy gorzej). Dopiero w hostelu, po powrocie, Damiana rozbolała głowa. Nic dziwnego – w niecałe 4 godziny z 3718 metrów n.p.m. znaleźliśmy się nad oceanem. Trzeba jednak pamiętać, że każdy organizm reaguje inaczej. Przykładowo nasz znajomy tuż przed schroniskiem poczuł się bardzo słabo, wymiotował i miał zawroty głowy, czyli dopadły go typowe objawy choroby wysokościowej (nie zdecydował się wejść na szczyt i schodził z pomocą ratowników medycznych). Na wszelki wypadek warto zabrać leki przeciwbólowe, regularnie uzupełniać płyny i wchodzić w miarę powoli. Oczywiście najlepszym rozwiązaniem jest nocleg w schronisku, wtedy nasz organizm ma dużo więcej czasu na przyzwyczajenie się do wysokości i aklimatyzację, a dodatkowo jest bezpieczniej.

To było naprawdę niesamowite przeżycie, ale gdybyśmy wiedzieli wcześniej kiedy mamy wolne dni w pracy (na wolontariacie) zdecydowalibyśmy się na nocleg w schronisku – wtedy można przyjść do Altavista przed zachodem słońca, na spokojnie podziwiać gwieździste niebo, wyspać się i wraz z pozostałymi turystami wyruszyć między 5:00 a 6:00 na szczyt. Jednak nocne wejście na wulkan Teide daje w kość i nawet nie chcę myśleć, co by było gdyby któreś z nas na przykład skręciło nogę. Co nie zmienia faktu, że trekking był dla mnie największą atrakcją naszego 2,5-miesięcznego pobytu na Teneryfie.

Jaki jest najwyższy szczyt, który zdobyliście? A może byliście kiedyś na wulkanie Teide?

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Jak się spakować? Do plecaka koniecznie włóż: latarkę lub czołówkę, ciepłe ubrania (i ubrania na zmianę – po wschodzie słońca, gdy nie wieje, może być bardzo gorąco), krem z filtrem, pomadkę do ust (!), monety do automatu (kawka za 2 euro doskonale rozgrzewa), duży zapas wody (min. 2 litry na osobę), porządne okulary przeciwsłoneczne, nieśliskie buty (my mieliśmy adidasy przed kostkę od firmy Regatta, ale większość osób miało trapery), batony lub inne słodycze, kanapki;
  • Nocleg w schronisku możesz zarezerwować TUTAJ;
  • Gdy zabraknie Ci sił lub słońce będzie grzało niemiłosiernie zawsze, pod zdobyciu Teide, możesz zjechać Teleférico. Pamiętaj, że kolejkę otwierają o godzinie 9:00 i lepiej kupić bilet online.
  • Do Parku Narodowego Teide można dotrzeć również autobusem. Więcej szczegółów na TEJ STRONIE.

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

1. Teneryfa na sportowo
2. Wolontariat na Teneryfie, czyli dlaczego spędziliśmy na Kanarach aż 2,5 miesiąca
3. Trekking wąwozem Masca
4. Wycieczka na La Gomerę

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco, śledząc gadulcowego FANPAGE’A, INSTAGRAM oraz SNAPCHATA (nick: gadulec)! Zachęcam również do zapisania się do NEWSLETTERA (ramka pod spodem) oraz pozostawienia komentarza pod wpisem. To bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem. Z góry dziękuję!

121