Nie zmarnuj podróży (i życia) na byciu online

No wifi

Podróżowanie w dzisiejszych czasach jest bardzo skomplikowane. Najpierw poświęcamy sporo czasu na znalezienie taniego biletu lotniczego, kontaktujemy się z właścicielami guesthousów czy Hostami z Couchsurfingu. Następnie przeglądamy mnóstwo blogów, portali i artykułów podróżniczych.

A kiedy wreszcie dotrzemy w wymarzone miejsce pstrykamy setki zdjęć, robimy dziesiątki selfie, nagrywamy filmy i kręcimy snapy. Po czym prędko biegniemy do pobliskiej kawiarni czy restauracji, zamawiamy cokolwiek do picia i wrzucamy zdjęcia na portale społecznościowe. Facebook, Instagram, Twitter, Snapchat, Printerest, Google+, Youtube – niech świat wie jak dobrze się bawimy. Szkoda tylko, że nie zwróciliśmy uwagi na miejsce, do którego tak bardzo chcieliśmy przyjechać. Nie zauważyliśmy, że gdzieś w kącie stało dziecko i uśmiechało się do nas przez 10 minut. A potem odeszło ze smutną miną, bo ani razu na niego nie spojrzeliśmy. W końcu idealne zdjęcie samo się nie zrobi…

WYŁĄCZ KOMPUTER, TABLET, TELEFON. PODRÓŻUJ. ŻYJ.

Nasze społeczeństwo ma problem. Spędzamy coraz więcej czasu przed monitorem albo gapiąc się w swojego smartfona. Przestajemy ze sobą rozmawiać. Boimy się bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Niektórzy nastolatkowie nie wiedzą jak żyć bez Snapchata. Zamiast wspomnień, przywozimy z podróży zdjęcia i filmy. Wracamy z innego kraju ciesząc się, że mamy setki gigabajtów fotografii. Często robimy zdjęcie równocześnie myśląc „O! Będzie idealne na Fejsa”.

Zachłysnęliśmy się internetowym życiem, zapominając o tym rzeczywistym. Liczą się lajki, komentarze, udostępnienia. To one budują poczucie naszej wartości. A gdyby tak wyłączyć wszystkie urządzenia mobilne i po prostu cieszyć się chwilą? Porozmawiać z drugą osobą? Zagadać nieznajomego? Być offline cały dzień, tydzień, a może nawet dłużej? Świat nie zawali się, jeśli nie wrzucimy na Instagram jakiegoś zdjęcia. Jednak nasze życie może legnąć w gruzach, gdy przestaniemy rozmawiać z bliskimi w cztery oczy.

BLOGOWANIE W PODRÓŻY

Kolejna sprawa, która nie daje mi spokoju. Bo mądre podróżowanie i prowadzenie bloga jest bardzo trudne. Przyznaję – sama miałam z tym ogromny problem przez pierwsze tygodnie w Azji. Potrafiłam przez godzinę szukać kawiarni z dobrym internetem. Chodziłam późno spać, żeby dodać zdjęcie o odpowiedniej godzinie. Tak, by Facebook mnie „polubił” i łaskawie pokazał fotografię jak największej ilości osób. Marudziłam, gdy internet nie działał albo był za słaby, żeby opublikować nowy wpis. Bywałam zmęczona i zmierzła, bo chciałabym iść spać, a tu jeszcze trzeba obrobić i wyselekcjonować zdjęcia. Miewałam dość samej siebie i tego całego blogowania. A mnie miał dość mój chłopak.

Po jakimś czasie stwierdziłam, że to wszystko nie ma sensu. Przecież nie podróżuję po to, żeby blogować. Podróżuję po to, żeby podróżować. Poznawać innych ludzi, odmienne kultury, zobaczyć na własne oczy piękne zabytki czy miejsca stworzone przez naturę. Zrozumiałam, że nie muszę mieć perfekcyjnych filmów i fotografii. Wystarczą mi unikalne, jedyne w swoim rodzaju wspomnienia. Bo aparat mogą mi ukraść, a dysk czy laptop mogą się zepsuć. Wspomnień nikt mi nie odbierze. I nikt nie stworzy ich za mnie.

Ten tekst nie dotyczy tylko podróżowania. W codziennym życiu również nadużywamy komputerów, smartfonów, social media. Znajdujemy proste wytłumaczenia: w ten sposób pracujemy, uczymy się, mamy kontakt ze światem. Internet jest wielkim ułatwieniem, trudno wyobrazić sobie bez niego życie. Jednak zastanówmy się nad tym, ile czasu marnujemy siedząc na Facebooku czy innych kanałach społecznościowych. Jak wiele tracimy, kiedy w podróży usilnie próbujemy złapać WiFi zamiast poznawać dane miejsce. Albo kiedy jedziemy wrocławskim tramwajem i całą drogę piszemy SMS-y zamiast spojrzeć przez okno i odkryć nowy mural koło dworca.

Zdjęcie pochodzi z TEJ strony.

Podobał Ci się wpis? Będzie mi bardzo miło, jeśli go skomentujesz, udostępnisz albo podeślesz znajomym czy rodzinie. To bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem. Z góry dziękuję! A potem wyłącz laptopa, telefon czy tablet i porozmawiaj z bliskimi. Albo nieznajomymi :)

  • To jest bardzo mądry i przydatny tekst, wiele osób powinno to przeczytać :)

    • Dziękuję! Mam nadzieję, że tak właśnie się stanie. Wszelkie udostępnienia czy podsyłanie tekstu znajomym mile widziane 😉

  • Szczęściolog

    Brawo Kinia! Dobrze jest się w tym opamietać:)

  • Ja nie marnuję czasu na facebooku, ja na facebooku odpoczywam jak mi nic więcej się nie chce robić :)
    TV nie oglądam to chociaż fb mam.

    Ale tak w ogóle to się zgadzam, za dużo, za często, ludzie wkurzeni, że wifi nie ma.
    I niby wszyscy wiedzą, że powinno być tak jak piszesz, ale wciąż się spotykam ze zdziwieniem, że nie biorę w podróż komputera, a tablet też zostawiam w domu 😉

    • I słusznie robisz! Takie podróże z ograniczonym dostępem do internetu są najlepsze :)

    • A ja Cię doskonale Monika rozumiem, bo też nie zabieram ze sobą komputera 😉

      Kinga: to ważne co napisałaś, przesadzamy z byciem „online”. Ale w dzisiejszych czasach bycie całkowicie offline jest bardzo uciążliwe. Sama mocno odczułam brak bycia online, gdy oddałam smartfona do serwisu… Zrobiłam zresztą z tego mały eksperyment, który później opisałam (http://bitly.pl/M0sJI). Grunt to równowaga 😉

  • Szczerze mówiąc, to zdjęcia lubię robić 😉 Ale podczas wyjazdów w internecie siedzę tylko w momentach, gdy już ze zmęczenia na nic nie mam ochoty, najczęściej wieczorem po intensywnym dniu 😉 Nawet nie zwracam uwagi czy gdzieś jest wi-fi 😛

    • I słusznie! Ja też lubię robić zdjęcia, ale jak słyszę, że ktoś np. nie pamięta danego miejsca, ludzi, którzy się w nim znajdowali, bo był tak skupiony przez pół godziny na robieniu perfekcyjnego ujęcia to się dziwię i trochę o tę osobę obawiam. To miałam na myśli wspominając o fotografowaniu w podróży 😉 Oczywiście inaczej ma się sprawa, gdy ktoś z zawodu jest fotografem.

  • Michał

    To prawda, też się tym bardzo zachłysnąłem i często zamiast zwrócić uwagę na przysłowiowe dziecko szukam wifi. Z większością się z Tobą zgodzę, nie zrozum mnie źle, ale powiedz jakie wyciągnęłaś z tego wnioski? czy faktycznie przestaniesz blogować podczas podróży?

    • Nie przestanę blogować w podróży, bo sprawia mi to dużo radości. Mniej więcej w połowie pobytu w Azji, jeśli np. nie było internetu w hostelu albo kiepsko działał, po prostu nie dodawałam nic na FB czy Instagram. Nie przejmowałam się tym. Jak nie dziś to jutro albo za parę dni. I taką zasadę stosuję nadal. Szczególnie jeśli jestem w miejscu wyjątkowym, z niesamowitymi ludźmi. Wtedy nie chcę tracić czasu na bycie online :)

  • Trafiłaś idealnie z tematem, miałam ostatnio bardzo podobne przemyślenia :)

  • Kinga, poruszyłaś temat, który mnie ostatnio bardzo męczy i wielkie dzięki Ci za to. Szczerze mówiąc jestem trochę miedzy młotem a kowadłem, bo z jednej strony chcę się rozwijać jako bloger, chcę pisać, tworzyć i wiem, że bez „odbiorców” jest to przebijanie głową muru, więc mam świadomość, że żeby tworzyć i mieć z tego jakiś grosz muszę być onlajn. I powstaje błędne koło, bo sama też coraz częściej po prostu szukam możliwości ucieczki od fb. Nie mówię, że od bloga, bo blogować lubię, uwielbiam wręcz i sprawia mi to ogromną przyjemność. Ale te wszystkie social media, to mnie najbardziej męczy. Pamiętam, kiedy przez 2 miesiące byłam na Bliskim Wschodzie i codziennie na fb była relacja z dnia, co się akurat wydarzyło. A potem trafiłam do hostelu w Tel Avivie, gdzie poznałam tak cudownych ludzi, że chciałam z nimi spędzać każdą chwilę, nawet na zasadzie, żeby razem leżeć i gapić się w niebo, a telefon zostawiałam w pokoju i byłam z tego powodu przeszczęśliwa. I pamiętam to szczęście i coraz częściej, szczególnie w podróży staram się je wybierać.
    Jeszcze raz dzięki za ten post! :*

    • WOW, Hanna 😉

      • Poniosło mnie 😀

    • Jest mi niezmiernie miło, że mój tekst tak Cię poruszył. Myślę, że to temat, o którym można rozmawiać dniami i nocami. Ja również uwielbiam prowadzić bloga, ale zauważyłam, że niekiedy mam takie dziwne poczucie obowiązku wrzucenia zdjęcia/postu itp. I właśnie stąd mój tekst. Mam nadzieję, że coraz więcej osób będzie robić jak Ty – wybierać rzeczywiste szczęście, a nie to spowodowane setkami lajków czy serduszek :)

  • Izabela Ryba

    Z drugiej strony w dłuższej podróży to często internet jest jedynym łącznikiem ze światem, który zostawiliśmy. To przez facebooka najłatwiej możemy podzielić się ze znajomymi, za którymi tęsknimy tym co nas spotyka.
    To trudny temat, bo ciężko znaleźć złoty środek pomiędzy przeżywaniem a dokumentowaniem i dzieleniem się tym z innymi. Ale na słabe wi-fi jest prosty sposób- lokalna karta sim 😀 Mniej frustracji i wiele zaoszczędzonego czasu. A z internetami najlepiej dać na luz i podchodzić do tego w kategorii „chcę” zamiast „muszę”. Wtedy wszystko staje się prostsze i tydzień bez zdjęcia w internecie nie powoduje wyrzutów sumienia.

    • Oczywiście, że internet w podróży jest bardzo przydatny i czasem jest naszym jedynym łącznikiem z resztą świata. Gorzej jak się w tym wszystkim zatracimy i w każdej wolnej chwili będziemy siedzieć na Facebooku. Mając internet w telefonie można jeszcze łatwiej wpaść w tę pułapkę. Po prostu wszystko trzeba robić z głową. A najpierw musimy zdać sobie sprawę z tego, że problem istnieje i być może sami przesadzamy. Stąd post :)

  • Gadulec! Piękny tekst <3 serio. Chwalę z całych sił ;))) <3

    (tylko ta ramka na dole o fanpejdżu i newsletterze akurat robi dość śmieszny kontrast z tekstem artykułu 😉 )

    • Masz rację, wcześniej jej nie było, może niepotrzebnie dodałam 😀 Ale to tak, żeby uspokoić niektórych – to, że nie chcę marnować czasu siedząc na social mediach nie znaczy, że chcę przestać pisać bloga. Po prostu namawiam do refleksji i znalezienia złotego środku 😉

  • Taka sytuacja. Birma, domki przy plaży. Okolica przepiękna, nie ma ludzi, udało nam się wytargować niższą cenę za nocleg. W pokoju mamy wiatrak, jest czysto, jest łóżko, jest woda, jesteśmy zadowoleni, do tego te piękne zachody słońca oraz najlepszy i najtańszy na świecie sok z mango… Bajka. Internet tylko na recepcji, ale i tak fajnie, że jest – w razie potrzeby. Parę godzin po nas do tego samego miejsca przybywają dwie backpackerki, meldują się… Po czym następnego dnia rano kłócą się z obsługą i wielce obrażone stwierdzają, że nie zostaną tu ani dnia dłużej. Pytamy się: co się stało? One na to: W DOMKACH NIE DZIAŁA WIFI.

    Nie ma to jak skreślić piękne miejsce tylko dlatego, że NIE DZIAŁA WIFI. Smutne to strasznie i nie rozumiem ludzi, dla których sensem podróżowania jest na przykład wrzucenie tysiąca zdjęć na Instagrama. W ogóle niewiele rozumiem z dzisiejszego świata.

    A co do bloga – pisanie w podróży było dla mnie ultra ciężkie. Własnie dlatego, że gdy miałam do wyboru 1) przygotować posta/obrobić zdjęcia albo 2) posiedzieć sobie na kolacji u Tajów/sadzić ananasy/obserwować Indusów w autobusie/leżeć w trawie, to wolałam wybrać to drugie 😉 Marny chyba ze mnie bloger.

    • Nie marny tylko rozsądny. Bo podróżujesz, żeby podróżować, a nie żeby blogować. I dobrze, bo przez to jesteś bardziej prawdziwa. I oczywiście wynosisz znacznie więcej z każdej wyprawy :)
      A co to Birmy i tych dziewczyn. Zdarzało się, że było mi smutno, że WiFi nie działa albo jest hiper wolne. Ale potem uświadamiałam sobie, że jestem tak daleko od domu, w egzotycznym miejscu, mam wodę z kokosa na wyciągnięcie ręki i że nie warto przejmować się takimi bzdetami jak internet :) Trochę mi zajęło zanim to zrozumiałam, ale lepiej późno niż wcale, prawda? Stąd ten post. Żeby innym było łatwiej.

    • Pawel Zieminski

      moze te dziewczyny potrzebowaly wifi do pracy, co raz wiecej ludzi pracuje zdalnie przeciez

  • Myślę, że warto poruszać tego typu tematy, bo są ważne i oczywiście świata się nie zmieni, bo każdy ma swoje indywidualne podejście do tego tematu, ale zawsze warto wyrazić swoje zdanie. Moim zdaniem trzeba po prostu do tego wszystkiego podchodzić z głową (jak zresztą do wszystkiego obecnie) :) Ja podróżuję z tabletem, telefonem i aparatem i nie mam stałego dostępu do Internetu, więc czasem WIFI jest mi potrzebne, aby wysłać prywatnie zdjęcia rodzicom czy napisać za darmo wiadomość co u mnie, co jest okej, a co opowiem dopiero po powrocie, aby się nie martwili. Ja co prawda nie jeżdżę na długie wyprawy, bo tak naprawdę byłam sama w obcych krajach przez zaledwie dwa tygodnie, więc w takiej sytuacji z bloga zrezygnować mogłam całkowicie i i nie była to długa przerwa. W tym roku wybieram się na dłużej i wstępnie zakładam, że zdjęcia pojawiać się będą od czasu do czasu i na FB, i na Instagramie, tak aby czytelnicy mogli wiedzieć, gdzie mniej więcej jestem. Wątpię, aby pojawiały się wówczas posty na blogu, więc zapewne blog będzie trwał w zawieszeniu… Zdjęcia uwielbiam robić, po to aby część z nich pokazać światu, a część mogła stanowić osobistą pamiątkę dla mnie. Nie wyobrażam sobie nie robić zdjęć 😀 Choć lubię też zatracić się w chwili i zrobić tylko jedno zdjęcie, którego i tak później nie opublikuję nigdzie, ale będzie moją pamiątką, przypomnieniem danej chwili :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    • Dokładnie, umiar przede wszystkim. Życzę udanej podróży i powodzenia w znalezieniu „złotego środka” :)

  • Monika Ryba

    Bardzo dobry tekst. Nie jestem blogerką. Piszę ale tylko do szuflady. Przyznaję że wolę pisać na laptopie niż ręcznie (zwyczajnie jest szybciej). Uwielbiam robić zdjęcia. I nie wyobrażam sobie podróży bez aparatu. Jednak nie ma takiej możliwości żebym zatracił radość ze zwiedzania na rzecz podzielenia się ze światem swoimi spostrzeżeniami. W zeszłym roku byłam na wakacjach 4 dni. Sama ze sobą (polecam każdemu – można świetnie siebie poznać). Zdjęć narobiłam mnóstwo ale przerabianie ich i dodawanie na FB czy Instagrama zostawiłam sobie na później. Nie przeoczyłam też przez kliszę cudownych ludzi, tych uśmiechniętych tak po prostu i tych którzy mimo że byli na urlopie cały czas rozmawiali o pracy. Swoje obserwacje spisałam po powrocie do domu. Wilk syty i owca cała. Zdjęcia są, wspomnień jeszcze więcej, czas dla siebie i świadomość że 4 dni bez internetu nie bolało ani trochę :)

    • Cieszę się, że tekst się podoba. Samotne wyjazdy są bardzo przydatne – zgadzam się. Problemy z internetem i ciągłym byciem online niestety pojawiają się przy okazji dłuższych podróży. Wtedy trzeba czasem siąść i napisać do rodziny czy wysłać jakieś zdjęcia, ewentualnie dodać je na bloga czy FB. Grunt, żeby nie robić tego non stop. I żeby nie stało się to naszym priorytetem („dobra fota na Instagram”).

  • Rewelacyjny wpis! Staram się dbać o ciekawe i kreatywne życie offline. Zdarzało mi się zabierać netbook w podróż, jeszcze co innego, gdy mam jakąś pracę zdalnie do zrobienia w trakcie wyjazdu, ale na same wakacje – wypraktykowałam, że to bez sensu. Na Camino pożyczyłam smartfona, wrzuciłam może pięc zdjęć z całej trasy i kilkanaście statusów, a i tak miałam wrażenie, że za dużo.
    I mam identyczne podejście do zdjęć – po co je robić, skoro można zapamiętywać! Jasne, fotografie są fajne, album pamiątkowy jest fajny, ale nie powinien być to cel sam w sobie.
    P.s. Czasami słyszę od rodziców, że za dużo siedzę na fejsie… Chyba nie widzieli przeciętnego młodego człowieka, no i nie słyszeli o innych aplikacjach.

    • Moi rodzice też na to narzekają. Czasem faktycznie przesadzam. Stąd ten tekst – chcę samą siebie zmobilizować, a przy okazji wszystkich, do których ten tekst dotrze. Cieszę się, że tak Wam się wszystkim podoba i że tyle osób widzi jak wielki i niebezpieczny jest ten problem.

      • Myślę, że wciąż za mało osób ma tego świadomość… I właśnie zwłaszcza w podróży to się uwidacznia.

  • Święte słowa :) My akurat nie mamy z tym większego problemu, o ile w domu jesteśmy „uzależnieni” od internetu, w podróżach mógłby dla nas nie istnieć 😉 Niestety czasem podobnie rzecz ma się z robieniem zdjęć. Często po prostu „porywa” nas zwiedzanie i zapominamy o fotografiach 😛 problem wręcz odwrotny 😛 Co do internetu w Europie nie ma problemu jest w większości hotelów, restauracji, za to z Azją sprawy mają się inaczej. Pamiętam jak będąc w Nepalu, w Kathmandu spędziłam kilkanaście minut w kawiarence na pisaniu maila do Polski, i kiedy pisałam ostatnie słowa pach nie ma prądu, wszystko siadło. Jaka byłam wściekła. Na samą myśl o tym, że będzie to trzeba jeszcze raz pisać. Może jestem dziwna, ale w dalekich podróży piszę pamiętniki. (dzień po dniu) do których wklejam również bilety i inne pamiątki. Super sprawa. Uwielbiam od czasu do czasu do nich wracać. Pozdrawiam :)

    • Ja na pewno przy okazji kolejnej podróży będę pisała dziennik, taki prawdziwy, w zeszycie! W Azji tego nie robiłam i bardzo żałuję (chciałam robić, ale w 1 tygodniu zostawiłam zeszyt w autobusie i jakoś potem już nie kupiłam nowego…).

  • TAK! Ja bloguję o danym miejscu długo po powrocie, bo muszę w sobie wszystko poukładać, oswoić wspomnienia, uspokoić myśli, które długo wracają do siebie z nadmiaru wrażeń 😀 A w nowej rzeczywistości po prostu się zatracam, wczuwam, bo wiem, że nieprędko tam wrócę, jeśli w ogóle. Carpe diem :)

    • I pięknie! Gorzej jak jedzie się gdzieś na kilka miesięcy, wtedy trzeba znaleźć ten słynny złoty środek. Niestety nie zawsze jest to łatwa sprawa…

  • Genialny wpis, podpisuję się pod tym, o czym piszesz obiema rękami. I nogami. Szlag mnie trafia, kiedy idę z kimś na kawę, a ten robi dziesiątki zdjęć na insta, a przy jakiejkolwiek bardziej znanej budowli seryjnie pstryka selfie na fb.
    Dodam coś jeszcze z gruntu zawodowego. Jestem pilotem wycieczek. Czy wiecie, ile czasu zajmuje „czas dla fotoreporterów”? Co chwilę słyszę „proszę pani, zatrzymajmy się, tu wyjdą takie ładne zdjęcia na fejsa…”. Program? Zwiedzanie? Po co to komu? Najlepiej zorganizować plener fotograficzny dla selfielovelsów – bo jedynie ładne zdjęcia na fejsa dają satysfakcję z wyjazdu. Dokąd ten świat zmierza…

    • Właśnie! Kawa albo piwo ze znajomymi – zawsze znajdzie się ktoś kto przez pół wieczoru (dłużej?) siedzi z telefonem i co chwilę robi snapy czy foty na FB. Albo pisze z kimś na messangerze. Smutne to faktycznie. Jak tylko sama się na tym łapię to od razu wrzucam telefon do torebki i wyłączam internet.
      A taka wycieczka to faktycznie musi być ciężka sprawa… Może to pomysł na biznes? Tripy dla maniaków selfie? 😛 Nie no, żarty żartami, jest to trochę przerażające…

  • „Zdjęcie znalezione w czeluściach internetu”

    Oj, widzisz ten groźnie kiwający palec? :)

  • jorge

    True story. Dlatego wyruszając w zeszłym roku na Camino nabyłem Nokię za 80 zł z oszałamiającymi opcjami: telefon i sms. A niesienie lustrzanki przytroczonej z boku plecaka skutecznie wybijało z głowy „skupianie się tylko na zdjęciach”. Ale teraz przygotowując się do dłuższego motocyklowego szlajania po Polsce zastanawiam się „Blogować, czy nie blogować, oto jest pytanie?” Mało interesują mnie „lajki”, nie dążę do zdobycia trzech milionów czytelników (ani trzech), to bardziej kolejna ciekawość „jak to jest?”. Tyle, że właśnie, żeby w tym nie zwariować.

    • Szlajanie motocyklem po Polsce brzmi super! Najważniejsze to mieć umiar. We wszystkim w sumie 😉

  • Internety wciągaja teraz jak czarna dziura. Wchodzi się na przysłowiowe 5 minut a zastaje nas środek nocy a ledwo co zdążyliśmy dwa razy zescrollować tablice na fb. Normalnie machina czasu.

    • Smutna prawda. Wiadomo, że ułatwiają życie, ale czasem trzeba faktycznie się postarać, żeby nie siedzieć na FB i ogólnie internecie 24 godz. na dobę.

    • Justyna

      To niestety prawda :(

  • To jest prawda i ja też padłam ofiarą netu. Ale potrafię sobie z tym radzić i walczę. Jeśli chodzi o blog, to ja stawiam na jakość. Lepiej jeden wpis w tygodniu, niż 3 na siłę i na wkurwie, bo trzeba. Czasem i od tej pracy trzeba odpocząć. Wiele rzeczy podarowałam, bo nie było warto. A posty ja zawsze ustawiam wcześniej, zarówno te z wpisami, czy zdjęcia. Planuję i się pojawiają nawet wtedy, kiedy ja czytam sobie spokojnie w wannie książkę :)

    • Muszę chyba częściej planować posty 😉

  • Tak bardzo masz rację! Internet coraz częściej zabiera życie i przeżywanie. Sama łapię się na tym jak bardzo mnie denerwuje wolny internet czy brak możliwości przejrzenia czy dodania zdjęć. Planuje podróż do Barcelony, a jednym z punktów na liście jest odłączenie się od elektroniki i chłonięcie klimatu miasta. Mam nadzieję, że mi się to uda:)

    • Trzymam kciuki za udaną podróż i za bycie offline 😉

  • Sylwia

    Bardzo dobry komentarz do współczesnych czasów. Uzależnienie od techniki jest już chyba normą. Trzeba z tym walczyć. Trzeba żyć najpierw, aby potem mieć o czym pisać. :)

  • Kinga, ten tekst jest uniwersalny, bo dotyczy nie tylko podróży, on w ogóle dotyczy życia. Ja bardzo lubię pisać i najczęściej pisałam w innych interwałach niż czas w drodze. W przypadku mojego ostatniego bloga – właśnie podróżniczego – trochę to zmodyfikowałam. Trochę, bo aktywnie publikować przestałam w połowie wyprawy. Piszę nadal – stacjonarnie – w swoim rytmie o tamtym doświadczeniu. O żadnym FB w ogóle nie było mowy. Nie publikowałam też statusów. Efekty, moi niektórzy znajomi, z którymi nie spotykam się często na żywo i którzy nie czytają bloga, w ogóle nie wiedzą, że byłam pół roku w Azji. To dość sporo pokazuje. Iluzoryczność takich kontaktów. Teraz prowadzę tylko fanpejdż – zresztą z umiarkowaną regularnością. Nie mam innych social media, i o ile pisać uwielbiam – nie przejdzie mi raczej do końca życia 😉 – to bycie on line już mi bokiem wychodzi. Jednak blogowanie trochę to wymusza…

    • Blogowanie wymusza – masz rację. Dlatego trzeba zastanowić się jakie mamy wartości, co jest dla nas najważniejsze i z pewnych rzeczy czasem zrezygnować. Bo chyba jednak warto iść z nowo poznanymi ludźmi na kolację, gdzieś w Azji czy Ameryce, niż siedzieć nad postem czy zdjęciem bo „muszę je dzisiaj dodać”. Najczęściej nic się nie stanie jak dodamy je jutro czy za parę dni. To wszystko siedzi w naszej głowie. Pozdrawiam i życzę życiowej i podróżniczej równowagi! :)

  • Lisy w drodze

    Fajnie, że też to zauważyłaś. Mnie to zastanawiało często, jak można podróżować (bardzo aktywny czas) i być notorycznie dostępnym online, wrzucać kolejne zdjęcia z drogi.. kiedy jest czas na cieszenie się tą podróżą? Czy to nie na pokaz? Po co się to robi? Mnie osobiście pisanie bloga uzależniło, lecz nie zamierzam popadać w paranoję na rzecz lepszych statystyk.

    • Myślę, że niektórzy robią to nie do końca świadomie, a inni faktycznie „dla lajków, serduszek czy komci”. Smutne, ale prawdziwe…

  • Masz rację. W ubiegłym roku będąc na Santorini obserwowałam ludzi, którzy patrzyli tylko w swoje telefony. I to był smutny widok. Zastanawiałam się po co właściwie wyjeżdżali na wakacje :-/

    • Niestety to coraz częstszy obrazek…

  • Jak dobrze przeczytać taki tekst do obiadu i się zamyśleć nad tym, co sam robię ze swoim „Włóczykijem” 😉 spontan, radość i wspomnienia, a zdjęcia i filmy tylko to wszystko uzupełniają :-) aż mi przypomniałaś te wszystkie wydarzenia z podróży do Albanii i na Białoruś, których nie mam nigdzie sfotografowanych, ale w głowie siedzą silno!

    • I właśnie dla takich wspomnień i tej radości warto podróżować! :)

  • Kinga, mądre podejście! Ja osobiście uważam, że blogowanie w podróży to marnowanie czasu przeznaczonego na… podróż właśnie. Można rzucić jakieś zdjęcie, napisać krótką notkę na fb dla znajomych, ale dobry artykuł wymaga czasu, a czas lepiej poświęcić na miejsce, w którym się jest. Pozdrawiam!

    • Dokładnie! Problem zaczyna się wtedy kiedy np. jedziemy gdzieś na kilka miesięcy. Wtedy trzeba naprawdę dobrze zarządzać czasem. Pozdrawiam!

  • Kasieńka B.

    W punkt ! Bardzo madre podejscie, ktorego sama staram sie trzmac :)

  • ja jestem z siebie jakby trochę dumna, bo ciągle żyję bez smartfona. przeraża mnie po prostu idea bycia online zawsze i wszędzie – staram się oddzielać wyraźną linią czas spędzany w sieci od normalnego życia. w Twoim wpisie nie pasuje mi tylko jedna rzecz – robienie zdjęć to nie bycie online, to właśnie chwytanie tych wspomnień, o których piszesz 😉

    • Jeśli chodzi o zdjęcia to bardziej nawiązałam do rozmowy, którą kiedyś odbyłam. Że tak skupiamy się na fotografowaniu, że nie zapamiętujemy jak „naprawdę” wygląda dane miejsce. Nie patrzymy na niego swoimi oczami, tylko kombinujemy jakie ujęcie zrobić. A potem musimy zerknąć na zdjęcia, żeby w ogóle wiedzieć gdzie byliśmy… Jeszcze gorszy jest Snapchat pod tym względem. Przecież w podróży nie chodzi o zaliczanie kolejnych miast i atrakcji i strzelanie sobie kolejnych selfie, a mam wrażenie, że coraz więcej osób jeździ przede wszystkim po to… Stąd dodatkowa refleksja o robieniu zdjęć. Oczywiście sama je robię, ale staram się również obserwować innych, zagadywać, patrzeć na świat swoimi oczami, a nie przez wizjer czy telefon.

      • a ja rozumiem trochę takie podejście – sama tak trochę mam, że chciałabym wszystko jak najlepiej uwiecznić. i nie uważam, żeby to było coś złego. kiedy gdzieś wyjeżdżam i nie mam zdjęć z tego wyjazdu, to potem czuję się tak, jakbym tam wcale nie była. dlatego też przykładam do robienia zdjęć dużą wagę i poświęcam na to dużo czasu, aby móc się cieszyć danym przeżyciem więcej niż raz 😉

        • Każdy ma inne priorytety. Ja stwierdziłam, że zamiast cudownych ujęć wolę jednak porozmawiać z właścicielem knajpki czy pobawić się z dziećmi w Angkor Wat. I ewentualnie potem zrobić sobie wspólne zdjęcie. Po prostu we wszystkim najlepiej znaleźć złoty środek moim zdaniem :)

  • ja np. nigdy nie piszę bloga w podróży. Raz, że nie mam czasu, a dwa, że jeżdżę po takich miejscach, gdzie internet to rosyjska ruletka 😀 zresztą zobacz sobie moje wpisy na FB relacjonowane na żywo z podróży – one w ogóle nie są wypieszczone i wymuskane, rzadko jest zdjęcie (a jak jest, to nigdy nieobrobione)… w podróży szkoda mi czasu na social media, trzeba sobie odpocząć od bycia online :)

    • I słusznie! Niestety sytuacja ulega zmianie jak jedzie się gdzieś na 3, 5 czy 10 miesięcy (albo i dłużej). Wtedy trzeba umiejętnie wszystko sobie zaplanować, żeby nie przesadzać z pracą, blogowaniem i internetem.

  • Sama namawiam do tego, by czasem odłączyć się od wirtualnego świata, jednak też widzę, że odkąd prowadzę bloga to telefon mam w dłoni dużo częściej. Chęć sprawdzenia tego i owego jest zbyt silna. Mimo to, gdy idę na randkę czy jadę na urlop to potrafię odłożyć telefon, komputer i nie muszę być ze wszystkim na bieżąco. Wtedy tylko wkurzam się na mojego męża, bo telefon przy sobie musi mieć 😉

    • To prawda, ja też więcej korzystam z telefonu czy komputera odkąd mam bloga. Czasem jednak warto wyłączyć smartfona i po prostu cieszyć się chwilą, rozmawiać ze znajomymi, zapomnieć o wirtualnym świecie :) Trzymam kciuki, żeby mąż też to zrozumiał niebawem!

Protected with SiteGuarding.com Antivirus