Laos

Czasem spotykamy na swojej drodze osoby, które zmieniają nasze spojrzenie na świat. Inspirują nas. Dodają nam sił. Powodują, że wierzymy, iż nasze marzenia się spełnią. Dzisiaj chciałabym przedstawić kilka takich wyjątkowych osób, które spotkałam w czasie podróży po Azji południowo-wschodniej. Przed Wami cztery, optymistyczne, dające mnóstwo energii, motywacyjne historie!

PARA ZE ŚLĄSKA

Poznaliśmy się w Laosie, dokładniej na wyspie Don Det. Idąc ścieżką, usłyszałam język polski i odpowiedziałam coś zabawnego. Tak zaczęła się nasza znajomość z Anią i Przemkiem. Okazało się, że wyjechali z Polski kilkanaście miesięcy wcześniej. Mieli odbyć kilkumiesięczną podróż, która przekształciła się w prawie 2-letnią przygodę. Pełni pogody ducha, optymizmu, rozgadani. W dodatku z mojego Śląska! Mają do opowiedzenia mnóstwo historii, a do pokazania tysiące pięknych zdjęć. Po powrocie do kraju stworzyli z nich niezwykły KALENDARZ.

Spotkaliśmy się ponownie w samym środku Wietnamu – oni jechali od północy, a my od południa. A teraz co jakiś czas widujemy się w Polsce, wspominamy „stare” czasy i popijamy wietnamską kawę.

Aktualnie Ania i Przemek mieszkają w Chorzowie. Są idealnym przykładem na to, że w długą podróż można wyjechać nie tylko w okresie studiów. Oczywiście trzeba mieć wielką odwagę, żeby rzucić wszystko i wyruszyć w świat. Szczególnie, gdy wszyscy oczekują od ciebie ustatkowania i tego, że założysz rodzinę, będziesz pracował i jeździł na wakacje all inclusive. Pewnie, że niektórzy lubią takie życie. Jeśli jednak nie należysz do takich osób i chcesz zrobić coś dla siebie, spełnić swoje marzenia to… weź przykład z Ani i Przemka i zacznij planować swoją wielką przygodę!

Wietnam

MAŁŻEŃSTWO AUTOSTOPOWICZÓW

Gdy byłam z moją przyjaciółką Olą w Cameron Highlands gdzieś pomiędzy knajpką hinduską a chińską poznałyśmy dwie polskie pary. Wśród nich byli Grzesiu z Pauliną, na co dzień mieszkający w Łodzi. Z Polski przyjechali do Malezji koleją transsyberyjską i… autostopem! Na swoim koncie mają tysiące przejechanych kilometrów – większość z nich pokonali dzięki uprzejmości mieszkańców Chin, Mongolii, Laosu, Wietnamu, Indonezji czy Tajlandii. Swoją wyprawę zakończyli w Australii, a niedawno powrócili do Polski. O ich wyprawie możecie przeczytać TUTAJ.

Ujęli mnie swoją dobrocią i podejściem do drugiego człowieka. Dzięki podróżowaniu autostopem poznali niesamowitych ludzi, uczestniczyli w kilku weselach i innych uroczystościach. Mogli lepiej poznać daną kulturę, poczuć się częścią danej społeczności. Jest jeszcze jedna rzecz, która bardzo mnie zainspirowała – Paulina i Grzesiu nie poszli na łatwiznę i nie znaleźli pracy wakacyjnej w Norwegii. Ona jest pielęgniarką, on skończył socjologię. Fundusze na wyprawę cierpliwie odkładali kilka lat. Zaimponowali mi. Udowodnili, że każdy może wyruszyć w świat. Ogranicza nas tylko wyobraźnia.

Malezja

18-LETNI JAPOŃCZYK

Najbardziej pozytywna i zakręcona osoba jaką znam. Bije od niego niesamowita radość i energia! Wracaliśmy porannym promem po sylwestrze na Full Moon Party na tajskiej wyspie Koh Phagnan. Wysiedliśmy na ląd, wszyscy skierowali się w stronę autobusów czy samochodów. Tylko my i jeden chłopak poszliśmy dalej – w stronę głównej drogi. Chcieliśmy tego dnia pokonać ponad 800 kilometrów i dotrzeć aż do Kuala Lumpur. Szliśmy we trójkę, w miarę blisko siebie, więc zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że Satoru również jeździ stopem, pochodzi z Japonii i wyruszył w kilkuletnią podróż dookoła świata! W dodatku ma dopiero 18 lat, skończył liceum, a na cały wyjazd odłożył tylko 10 tysięcy dolarów (wiadomo – to sporo pieniędzy, ale niekoniecznie na 5 lat życia w różnych krajach świata!). Oczywiście postanowiliśmy razem dotrzeć do stolicy Malezji. Udało nam się bez większych problemów, chociaż jak wiadomo we trójkę trudniej łapie się okazję niż w parze czy w pojedynkę.

Satoru potrafi doskonale kombinować. Przykładowo, na Koh Phangan, w czasie szczytu sezonu, kiedy wszystko drożeje maksymalnie, nie wydał ani „grosza”. Wręcz przeciwnie – zarobił. Wszystko dlatego, że zatrudnił się w salonie masażu – w zamian za pracę, miał zapewnione wyżywienie i nocleg. Plus napiwki. Co najlepsze nie miał żadnego doświadczenia w masowaniu. Myślę jednak, że kombinowanie to nie wszystko. Tego chłopaka po prostu nie da się nie lubić! On dosłownie zaraża uśmiechem, a co najlepsze, zna dobrze Polskę, a jego wielkim marzeniem jest… odwiedzenie Wieliczki! Nie wyobrażacie sobie, jakie było nasze zaskoczenie, gdy sam z siebie próbował wymówić słowo „Wieliczka”, wiedział, że znajduje się ona blisko Krakowa! Jestem pewna, że uda mu się zrealizować cały plan. Aktualnie jest gdzieś w Gruzji, następnie chce jechać do Rosji, potem przez Skandynawię do Europy Środkowej. Mam nadzieję, że w przyszłym roku odwiedzi nasz piękny kraj!

Tajlandia

MAMA Z KANADY

Po kilku dniach mojego pobytu w wiosce słoni w Pai, dojechała do nas mama wraz z dwójką synów. Przez ponad tydzień wspólnie zajmowaliśmy się Ot, Pompem i Tatdau. Okazało się, że Mary od kilku miesięcy jeździ po Azji ze swoim 8 i 12-letnim synem. Chłopcy na czas podróży mają indywidualny tryb nauczania, a ich mama bezpłatny urlop w pracy. Zajmując się słoniami Mary spełniała swoje wielkie marzenie. Chłopcy również byli zadowoleni, chociaż wraz z innymi wolontariuszami, mieliśmy wrażenie, że dopiero za kilka lat zrozumieją, jak wiele zawdzięczają tej przygodzie. Kiedy Mary była na studiach, podobnie jak ja, podróżowała po Azji południowo-wschodniej. Po prawie 20 latach powróciła, żeby odwiedzić rodzinę w Tajlandii i pokazać swoim synom kawał świata. W planach mieli udać się jeszcze do Afryki. Mąż Kanadyjki nie mógł sobie pozwolić na tak długi urlop, więc co jakiś czas dołączał do swojej rodziny i towarzyszył im tydzień czy dwa.

Wiem, że płac kanadyjskich nie można porównywać z płacami polskimi. Ale chcę Wam pokazać, że z dziećmi również można podbijać świat. Powstał zresztą o tym wspaniały artykuł u Kasi z Vanilla Island (dokładniej o samotnych mamach podróżujących z dziećmi).

Pai

Powyższe historie mają jedno główne przesłanie. Marzenia są po to, żeby je spełniać. Nie bójmy się marzyć. A potem konsekwentnie swoje marzenia spełniajmy. Nie oglądajmy się na innych. Nie bierzmy ślubu tylko dlatego, że wszyscy to robią. Nie idźmy do korpo tylko dlatego, że większość znajomych tam pracuje. Nie narzekajmy, że za mało zarabiamy, pogoda jest brzydka, a zupa za słona. Zacznijmy działać. Planować. Albo po prostu spakujmy plecak i ruszmy w świat.

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco, śledząc gadulcowego FANPAGE’A oraz INSTAGRAM! Zachęcam również do zapisywania się do NEWSLETTERA (ramka pod spodem) oraz pozostawienia komentarza pod wpisem. To bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem. Z góry dziękuję!

121