Mango MamaWizyta w restauracji orientalnej to idealna okazja, by na chwilę udać się w egzotyczną podróż, nie opuszczając swojego miejsca zamieszkania. W przypadku Mango Mama we Wrocławiu na ul. Jedności Narodowej mamy możliwość skosztowania azjatyckich przysmaków. Znajdziemy tam sporo potraw z Indii, Tajlandii i Japonii. Na początku lutego postanowiliśmy sprawdzić czy tajskie pyszności w Polsce mogą smakować równie dobrze jak w Azji. Tym samym rozpoczynam nowy cykl na blogu: JAK TO UGRYŹĆ. Znajdziecie w nim recenzję restauracji i knajp (głównie orientalnych) we Wrocławiu i na Śląsku.

MINIMALISTYCZNE WNĘTRZE

Lokal na Nadodrzu jest dość mały, ale przejrzysty i ciekawie urządzony. Byliśmy w Mango Mama późnym popołudniem, w środku tygodnia. Zaskoczyło nas bardzo duży ruch. Z pewnością od piątku do niedzieli rezerwacja stolika to niegłupi pomysł. Główną ozdobą restauracji jest wielka mapa Azji oraz zdjęcie uśmiechniętych Hindusek w głębi lokalu.


PIERWSZE WRAŻENIE

Kelnerka, która nas obsługiwała była bardzo miła. Szybko przyniosła nam menu (kartka papieru A3 zapisana z 2 stron – przejrzyście i ładnie – zdecydowanie na plus). Ogólnie wyglądała na zadowoloną ze swojej pracy. Na przystawkę zamówiliśmy TOKYO BITES oraz chlebek NAAN z sosem mango. Jeśli chodzi o napoje zdecydowaliśmy się na nasze ukochane MANGO LASSI (które piliśmy cały czas w Malezji). Po chwili dostaliśmy napoje, a 5 czy 10 minut później na naszym stole pojawiły się przystawki. Lassi było dobre, ale znacznie gęstsze niż w Malezji. I było w nim znacznie mniej mango, niż w napojach, które pamiętamy z Kuala Lumpur czy Cameron Highlands. Niestety w Polsce znacznie trudniej o ten owoc, niż w Azji południowo-wschodniej, szczególnie w lutym. Tokyo bites to 3 sajgonki wegetariańskie oraz 3 pierożki z nadzieniem sojowym. Były smaczne, ale na największą pochwałę zasłużył, podany wraz z nimi, słodki sos chilli. Damian stwierdził, że jakby taki sos był w każdej azjatyckiej knajpce to mógłby tam zamieszkać! Chlebek naan podany na talerzu obleczonym folią aluminiową był zrobiony tak jak trzeba. Jednak zamiast sosu mango wolę go jeść z malajskimi sosami curry.


DANIA GŁÓWNE

Na główne danie ja zamówiłam kultowe tajskie danie PAD THAI z krewetkami (jedna papryczka chilli, czyli danie trochę ostre), a mój chłopak RED THAI KARE (trzy papryczki, czyli danie bardzo ostre). Kilka minut po tym jak zjedliśmy przystawki, pani kelnerka przyniosła nam dania główne. Oba pachniały i wyglądały bardzo kusząco. Szczególnie curry Damiana było pięknie podane. W Azji curry zawsze bardziej przypominało zupę, niż drugie danie. Pad thai był smaczny tylko szkoda, że nie dodano do niego kiełków fasoli mung oraz orzeszków ziemnych. Curry było naprawdę ostre (według mnie, dla mojego chłopaka było idealne) i pyszne. Jednak dobrze, że nie zamówiłam tego dania, bo po kilku kęsach oczy zaszły mi łzami. Chyba mój organizm odzwyczaił się od azjatyckich przypraw. Sytuację uratowało lassi, które doskonale niweluje ostrość. Swojego pad thaia nie zdołałam zjeść do końca, więc bez problemu zapakowano mi go na wynos.


PODSUMOWANIE

Uważam, że Mango Mama to miejsce, do którego warto się wybrać. Potrawy są smaczne, obsługa miła, nie trzeba długo czekać na posiłki, nawet gdy lokal jest zatłoczony. Warto zaznaczyć, że restauracja przyjmuje również zamówienia na dowóz. Za dwie przystawki, dwa napoje oraz dwa dania główne zapłaciliśmy 76 zł. Myślę, że jest to dość optymalna kwota, jak za kolację dla dwóch osób (szczególnie, że zostało mi trochę pad thai na kolejny dzień).

Byliście już w tej restauracji? Jak ją oceniacie? A może polecacie jakieś inne azjatyckie knajpki we Wrocławiu lub Katowicach?

MANGO MAMA w pigułce
– restauracja jest otwarta codziennie od 11:30 do 22:00
strona internetowa
fanpage

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco, śledząc gadulcowego FANPAGE’A, INSTAGRAM oraz SNAPCHATA (nick: gadulec)! Zachęcam również do zapisywania się do NEWSLETTERA (ramka pod spodem) oraz pozostawienia komentarza pod wpisem. To bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem. Z góry dziękuję!

121