ikona

Stolica Malezji to nie tylko Petronas Tower, Little India i Chinatown. To także miejsce spotkań ludzi z całego świata, którzy przyjechali do Kuala Lumpur w poszukiwaniu lepszego życia. Byłam w tym mieście trzykrotnie w czasie mojego półrocznego pobytu w Azji południowo-wschodniej i za każdym razem odkrywałam coś nowego. Uwielbiam KL (tego skrótu używają wszyscy miejscowi) – za pyszne jedzenie, parki, imponujący widok dwóch wieży nocą, ludzi, świetnie działający Couchsurfing i darmowe drinki w czasie ladies nights na sławnej ulicy Changkat.

Autostopem do Kuala Lumpur
Przyjeżdżałam do KL trzy razy – z Tajlandii, po sylwestrze na Koh Phangan, z Singapuru oraz Cameron Highlands. Za każdym razem jechałam autostopem, w dodatku zawsze towarzyszył mi ktoś inny (raz Damian, raz Ola, a raz byłam sama ;)). Podróż z Tajlandii była przezabawna, ponieważ po wyjściu z promu spotkaliśmy Japończyka, który również korzystał z uprzejmości kierowców i tego dnia jechał do Malezji. W trójkę przejechaliśmy ponad 850 kilometrów w kilkanaście godzin (nie czekaliśmy nigdzie dłużej niż 1,5 godziny). Z Singapuru (a właściwie z Johor Baru) jechałam sama (pierwszy raz w życiu!). Spotkałam wspaniałych i pomocnych ludzi, którzy specjalnie dla mnie nadrobili kilka kilometrów i na przykład podwieźli mnie do restauracji zaraz koło autostrady. W drodze do stolicy zahaczyłam o Port Dickson, ponieważ sympatyczny Chińczyk (mój „kierowca”) miał tam spotkanie biznesowe. Był on jedną z ciekawszych osób, które poznałam – rozmawialiśmy m.in. o polityce czy religii. Podróż z Cameron Highlands była jeszcze prostsza. Stopa bezpośrednio do Kuala Lumpur złapałyśmy z przyjaciółką po kilku minutach wymachiwania kartką. Tym samym utwierdziłam się w przekonaniu, że autostop w Malezji jest cudowny i opłaca się znacznie bardziej niż jazda autobusem (jest szybciej, ciekawiej i weselej)! To jedyny kraj w Azji, w którym ani razu nie skorzystałam z transportu publicznego!

 

Dwa intensywne dni w Kuala Lumpur
Z moim chłopakiem dotarliśmy do KL trzy dni przed wylotem na Bali (na początku stycznia). Spaliśmy u bardzo fajnej dziewczyny, korzystając z mojego ukochanego Couchsurfingu. Pierwszego popołudnia przegadałam z nią kilka godzin – wypytywałam o podejście Muzułmanów do religii, noszenie burek przez kobiety czy spożywanie alkoholu. Wychodzi na to, że każdy interpretuje Koran po swojemu – nasza Hostka uważa, że nie jest gotowa, by nosić burkę, a alkohol pije, przy czym w rozsądnych ilościach (nigdy się nie upija). I nie jest w swoich przekonaniach osamotniona.

Zwiedzanie miasta zaczęliśmy popołudniu. Pojechaliśmy pod dwie sławne wieże Petronas Towers. Znajduje się pod nimi wielkie centrum handlowe. Warto również zobaczyć wieczorny spektakl (codziennie o godzinie 20). Polecam również udać się do baru mieszczącego się na przeciwko Petronas Towers – widok (i ceny ;)) zwalają z nóg. Nie trzeba nic kupować, wystarczy wjechać na przedostatnie piętro hotelu Traders i spytać czy można zrobić zdjęcie (albo wejść, zerknąć do menu i grzecznie podziękować).

Kolejnego dnia postanowiliśmy udać się do centrum, zobaczyć meczet Masjid Jamek (niestety koło południa była przerwa, nie weszliśmy do środka), plac Dataran Merdeka oraz wielki napis KL koło galerii. Następnie przespacerowaliśmy się do parku, gdzie znajduje się park ptaków (KL Bird Park), ogród botaniczny (z orchideami), motylarnia oraz mini zoo z pociesznymi zwierzątkami, które są połączeniem myszy i sarny. Do tego sporo zieleni, jeziora, cisza i spokój. Spędziliśmy tam kilka godzin, mimo że ptaszarnię postanowiliśmy odwiedzić innym razem. Później odwiedziliśmy meczet narodowy, w którym musieliśmy być ubrani od stóp do głów (w wypożyczonych fioletowych tunikach wyglądaliśmy bardzo uroczo). Popołudniu dotarliśmy do Batu Caves. Jest to wielki kompleks hinduskich świątyń, mieszczący się w jaskiniach. Nie zapomnijcie skręcić w lewo zaraz po wejściu na teren świątyń – za ogromnym posągiem człowieka-małpy jest bardzo ciekawa jaskinia z mnóstwem figur przeróżnych bożków (z Damianem o tym nie wiedzieliśmy, byłam w tym miejscu 2 miesiące później – z Olą).

Dla mieszkańców Kuala Lumpur (i ogólnie całej Malezji) bardzo istotne jest jedzenie. Wcale się nie dziwię, bo różnorodność smaków jest niesamowita. Kuchnia hinduska (moje ukochane chlebki roti, naan, chapati wraz z curry), chińska (setki rodzajów makaronów, warzywa, sosy) i malajska (np. nasi lemak, czyli ryż w mleczku kokosowym, anchois, orzeszki pinii, jajko) idealnie się uzupełniają, sprawiając, że w tym kraju nie sposób być głodnym. W dodatku street foody są tutaj na każdym kroku, więc za przyzwoity posiłek nie zapłaciłyśmy więcej niż 10 złotych.

 

Imprezowa strona Kuala Lumpur
W stolicy Malezji mieszka mnóstwo ekspatów. Wraz z moją przyjaciółką, dzięki naszemu Hostowi (Nigeryjczyk), poznałyśmy ludzi z różnych zakątków świata. Prawie co wieczór wychodziliśmy na Chinatown, zazwyczaj zaczynając od kolacji czy drinka w Reggae Barze i kończąc na ulicy Changkat. Jest to ulica podobna do Mariackiej w Katowicach, tylko większa i znacznie bardziej zróżnicowana. Przez kilka dni (i nocy) spotkałyśmy mieszkańców Kuby, Maroko, Serbii, Tunezji czy Turcji. Większość z nich mieszka w Malezji już od kilku lat, bo zarobki są tutaj wyższe, niż u nich w kraju.

Warto dodać, że od niedzieli do środy na dziewczyny w wielu pubach czekają darmowe drinki. Jest to jedna z zalet przebywania w mieście, w którym mieszka dużo więcej mężczyzn niż kobiet.

A co najlepiej robić po całonocnej zabawie? Polecam relaks w basenie na 37. piętrze apartamentowca, w którym mieszka nasz Host. Widok na całą stolicę Malezji spokojnie może konkurować z tym na Singapur z Marina Bay Sands. Czy wspominałam już, że uwielbiam Couchsurfing? 😉

Wraz z moją przyjaciółką nie zwiedzałyśmy typowych atrakcji KL. Po pierwsze, w ciągu dnia, było zbyt gorąco żeby spacerować z przyjemnością po mieście (na początku stycznia było znacznie lepiej, choć oczywiście też było bardzo ciepło). Po drugie realizowałyśmy projekt ściana marzeń, o którym więcej napiszę już niebawem. Na ten moment, po szczegóły, zapraszam na bloga Oli –  oraz stronę projektu.

Kuala Lumpur pokochałam całym sercem. Każdy znajdzie w tym mieście coś dla siebie – zarówno fani historii, zieleni, architektury czy dobrej zabawy. Jednak to sympatyczni, uśmiechnięci i pomocni mieszkańcy powodują, że stolica Malezji jest tak niesamowitym miejscem. Jeszcze więcej informacji o tym mieście znajdziecie na blogu Zuzi, która mieszka tam od kilku lat.

A jakie są Wasze ulubione miejsca w Kuala Lumpur? Też podoba Wam się to miasto czy macie innego faworyta (jeśli chodzi o miasta Azji południowo-wschodniej)?

Informacje praktyczne (1 ringit = 1 zł):
– nasi lemak – od 2-3 ringitów,
– roti, naan, chapati – 1-3 ringity (bez dodatków, z sosami),
– przejazd metrem czy pociągiem miejskim – 1-4 ringity (polecam, prosperuje bez zarzutów np. do Batu Caves z KL Central, pół godzinna podróż – 2 ringity),
– wstęp do głównej jaskini Batu Caves – bezpłatny, wstęp do jaskini bocznej – 5 ringitów,
– hostele w KL – od 20 ringitów za osobę,
– wstęp do Bird Park – około 50 ringitów.

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco śledząc gadulcowego FANPAGE’A oraz INSTAGRAM!

wyszukaj lotywynajmij samochódzarezerwuj pokój

Jeśli przydały Wam się porady zamieszczone na Gadulcu i jesteście w trakcie planowania własnej podróży, będziemy bardzo wdzięczni za dokonanie rezerwacji przez powyższe linki. Nie martwcie się – to nie wpłynie na cenę noclegu, samochodu czy lotu, a dzięki prowizji będziemy mogli dalej rozwijać bloga. Dzięki! :)