DSC01166
Kolejni niezwykli ludzie i niespodziewane przygody! Z Saloników, zamiast do Rumunii, udałyśmy się z Moniką do mało znanego, ale pięknego miasteczka Kavala. Stamtąd chciałyśmy złapać jachtostop na wyspę Thasos. Nie do końca nam się udało, za to na miejscu czekało na nas mnóstwo niespodzianek. Właśnie to jest najwspanialsze w czasie podróży stopem – nigdy nie wiesz co czeka cię kolejnego dnia!

Zamek w nadmorskiej miejscowości Kavala
Bez większych problemów przyjechałyśmy z Saloników do Kavali autostopem. Kierowca był przemiły i specjalnie dla nas nadrobił kilkadziesiąt kilometrów. W dodatku dostałyśmy czipsy i kawę. Dobrze, że dalej miałyśmy pocztówki – prezenty dla napotkanych osób. Tak jak przewidziałyśmy – pogoda tego dnia była fatalna. Kilka godzin spędziłyśmy na dworcu autobusowym, na którym było w miarę ciepło, działało WiFi i można było podładować sprzęt. Na szczęście wieczorem przestało padać, więc pojechałyśmy autobusem za miasto i rozbiłyśmy się na plaży.

Kolejnego dnia wróciłyśmy do centrum i postanowiłyśmy zwiedzić zamek górujący nad miastem. Znajduje się on na wzgórzu Panagia. Jako, że Kavala jest skrzyżowaniem trzech kultur: greckiej, rzymskiej i bizantyjskiej, budynek również łączy w sobie te elementy. Aby dostać się do zamku należy iść pod górkę około 15-20 minut (albo dłużej, jeśli zagubi się gdzieś między małymi uliczkami). Zdecydowanie warto się trochę wysilić, ponieważ widok z wieży jest oszałamiający! Nie wspominając o tym, że kolejny raz doceniłyśmy pobyt w Grecji przed sezonem – byłyśmy jedynymi osobami zwiedzającymi zamek!


Niespodzianki na Thasos
Po obiedzie i zakupach postanowiłyśmy ruszać dalej. Niewiele osób płynęło na wyspę Thasos swoimi jachtami – chcieli od nas kosmiczne kwoty za wynajem łodzi albo proponowali, że mogą nas zabrać, ale dopiero za parę dni. Podjechałyśmy stopem do innego miasteczka – Keramoti i tam wsiadłyśmy na prom. Podwiozła nas świetna para, której bardzo spodobała się nasza forma podróżowania – stwierdzili, że chyba też powinni rzucić wszystko i wyruszyć w nieznane.

Dopłynęłyśmy na wyspę późnym wieczorem. Monika (przedsiebieblog.pl) miała ochotę na herbatę, bo kiepsko się czuła. Zastanawiałyśmy się, w której knajpce usiąść, gdy w jednej z nich, zagadał nas wysoki, na oko 40-letni Grek – kelner (później okazało się, że jest właścicielem restauracji, jacht-klubu i beach baru). Gdy dowiedział się, że podróżujemy stopem i śpimy pod namiotem zaproponował nam, żebyśmy spały u niego w domu. Powiedział, że ma kilka pokoi dla kelnerek czy sprzątaczek, a przez najbliższe dni jeden z nich jest pusty, więc możemy za darmo się tam przekimać. Najpierw byłyśmy podejrzliwe i nie chciałyśmy się zgodzić, ale później poznałyśmy Eugenię – kelnerkę z Rumunii, porozmawialiśmy dłużej i stwierdziłyśmy, że nic nam nie grozi. Okazało się, że Stavros mieszka na Thasos od urodzenia, ma żonę, trójkę dzieci i całkiem nieźle mu się powodzi. W dodatku jest naprawdę sympatyczny.

Kolejnego dnia objechałyśmy całą wyspę na skuterze. Trasa ma nieco ponad 100 km i wiedzie cały czas nad wodą. Piękne widoki, słońce, plaże i mało ludzi – bajka! Szczególnie podobały mi się okolice Aliki na południu Thasos. A nieco dalej jadłyśmy pyszne kalmary nad samym morzem. Czy wspominałam już, że kocham Grecję i grecką kuchnię? Wieczorem Stavros zaprosił nas na kolację. Kosztowaliśmy różne przysmaki i piliśmy pyszne wino. Całkiem fajnie jest mieć swoją restaurację… 🙂

Jeszcze większe atrakcje czekały nas następnego dnia. Grek zaprosił nas na wycieczkę swoją łodzią motorową, którą mogłyśmy same prowadzić! Nieco ponad godzinę szaleliśmy po morzu, oglądając wyspę z innej perspektywy. Spodobała nam się ona jeszcze bardziej! Później wylegiwałyśmy się na plaży (Stavros i Eugenia musieli wrócić do pracy), gdzie spotkała nas jeszcze jedna niespodzianka. Przydreptały do nas trzy malutkie, słodziutkie kotki! Zrobiłyśmy im setki zdjęć – były zdecydowanie bardziej fotogeniczne, niż jakikolwiek człowiek 😀


Wyspa Thasos – Częstochowa – autostopem w 35 godzin!
Nazajutrz zdecydowałyśmy się na powrót do domu. Chciałam zrobić niespodziankę mojemu chłopakowi i wrócić do Polski wcześniej niż planowałam. To też uwielbiam w podróży autostopem – w każdej chwili można zmienić zdanie i po prostu przejść na drugą stronę ulicy – zamiast oddalać się od domu, zbliżać się do niego. Jechałyśmy z 8 kierowcami, w tym aż 4 tirami. Już na promie złapałyśmy stopa do Kavali (3 wesołych Turków). Stamtąd do granicy grecko-macedońskiej wiózł nas młody Grek, z którym kilka godzin rozmawiałyśmy o miłości, związkach, zdradach i różnicach między Polkami, a Greczynkami. Następnie wiózł nas Macedończyk na stałe pracujący w Niemczech. Za Skopje pojechałyśmy z 3 młodymi Albańczykami, którzy pokazali nam miejsce zamachu w mieście Kumanovo. Mieli całkiem inne zdanie na temat tego przykrego wydarzenia, niż to przedstawione w polskich mediach. Na granicy stop złapał nam się sam – wesoły Polak, kierowca małej ciężarówki, stwierdził, że na pewno jesteśmy Słowiankami, więc pierwszy nas zagadał. Dzięki temu przejechałyśmy z nim całe Węgry (i spałyśmy na pace pod granicą serbsko-węgierską). Kolejnego dnia, wcześnie rano poprosiłyśmy o pomoc kierowców tirów – z jednym z nich (Macedończyk) pojechałyśmy za Budapeszt. Właśnie wtedy napisałam chłopakowi, że zostajemy na noc w stolicy Węgier, bo chcemy iść na imprezę i zjeść gulasz. Od razu mi uwierzył! Kolejną podwózkę miałyśmy z Irlandczykiem, który prowadził ogromnego tira Coca-Coli. Najlepsza była Monika, która z przyzwyczajenia otworzyła prawe drzwi, a tam… kierownica! 😀 Jako ostatni pomógł nam Polak – kierowca tira. Przejechaliśmy razem całą Słowację, kawałek Czech, Cieszyn, gdzie zostawiliśmy Monikę (jechała do Wrocławia), aż do Częstochowy. Dyskutowaliśmy o wszystkim – alkoholizmie, prostytucji, małżeństwie, kochance, która jest miłością jego życia, podróżach, jeździe motorem, biznesie, dzieciach. Przyznam szczerze, że dawno nie odbyłam z kimś tak poważnej rozmowy. Kolejna rzecz, którą uwielbiam w autostopie – czasem człowiek chce po prostu wyżalić się komuś, pogadać od serca. Nie z kimś kogo zna. Z kimś, kto jest totalnie spoza jego środowiska. Jazda stopem to umożliwia. Nie doradziłam mu czy ma wybrać żonę czy kochankę. Po prostu go słuchałam i czasem przytoczyłam przykład z mojego otoczenia. Mam nadzieję, że choć trochę mu pomogłam.

Dotarłam do Częstochowy po 35 godzinach podróży. To całkiem dobry wynik, szczególnie, że z Wrocławia do Kalamitsi, w czasie Auto Stop Race, jechaliśmy ponad 74 godziny. Damian był bardzo zaskoczony i zadowolony. Nie przyłapałam go z żadną dziewczyną, przed czym ostrzegali mnie prawie wszyscy kierowcy, jak wspominałam, że robię chłopakowi niespodziankę 😀

To były rewelacyjne dwa tygodnie – momentami podobało mi się znacznie bardziej niż w Azji. Bo na pytanie „kiedy wracasz?” mogłam z przyjemnością odpowiedzieć „nie wiem”. Bo spotkałam niesamowitych ludzi, którzy chcieli nam po prostu pomóc. Bo odpoczęłam i cały czas się uśmiechałam. Bo żyłam chwilą.

Informacje praktyczne:
– wejście na zamek – 1,5 euro bilet ulowy (bodajże 2 lub 2,5 euro bilet normalny),
– prom z Keramoti na wyspę Thasos – 3,5 euro,
– kalmary z frytkami – 6-8 euro (najadałyśmy się jedną porcją),
– sałatka cezara – 5-7 euro (wielka porcja, na dwie osoby),
– wypożyczenie skutera na jeden dzień na Thasos – 10 euro,
średnie wydatki na jeden dzień na jedną osobę w czasie 2-tygodniowej podróży stopem po północnej Grecji – 6 euro (gdybyśmy nie jeździły skuterkiem wydałybyśmy jeszcze mniej, ale mimo wszystko warto czasem poszaleć),
– jazda autostopem z ciekawymi ludźmi – bezcenna!

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco, śledząc gadulcowego FANPAGE’A oraz INSTAGRAM! Zachęcam również do zapisywania się do NEWSLETTERA (ramka pod spodem) oraz pozostawienia komentarza pod wpisem. To bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem. Z góry dziękuję!

121