Vancouver

Ostatnie dni minęły w mgnieniu oka! Jeszcze przed chwilą byliśmy we Wrocławiu na pożegnalnym piwku ze znajomymi, a już jesteśmy na drugim krańcu świata (a dokładniej w Victorii – stolicy Kolumbii Brytyjskiej). Jak przebiegła nam podróż? Jakie wrażenie wywarło na nas Vancouver? Już opowiadam!

JAK DOSTAĆ SIĘ Z POLSKI DO VANCOUVER?

Nie ma bezpośrednich połączeń z Warszawy do Vancouver. Jedną opcją jest międzylądowanie w Toronto, inną lot przez USA (trzeba mieć wizę), a kolejną bezpośrednie połączenie z Londynu lub Glasgow do największego miasta Kolumbii Brytyjskiej. Wybraliśmy tę ostatnią możliwość, ponieważ znaleźliśmy bilety w dobrej cenie właśnie z Londynu. Najpierw chcieliśmy kupić lot liniami Air Transat, ale mieliśmy problemy z płatnością, a następnie cena znacznie wzrosła. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na podróż tanimi liniami WestJet, a na Gatwick przylecieliśmy z Berlina EasyJetem. Z Wrocławia na lotnisko Schönafeld pojechaliśmy Polskim Busem, więc cała podróż trwała niecałe 24 godziny (do przeżycia).

Wszystko byłoby dobrze, gdybym w drodze do Wrocławia nie dostała wiadomości od Hosta z Vancouver, że nie może nas przyjąć, bo właściciel mieszkania nie będzie dłużej tolerował Couchsurferów. Mieliśmy u niego zostać aż 3 noce, za kilka godzin wsiadaliśmy w samolot, przesiadka w Londynie była za krótka, żeby znaleźć nowego Hosta, a hostele w British Columbia zbyt drogie, żeby brać je pod uwagę. Całe szczęście, że mieliśmy do wykorzystania kilkaset złotych na Airbnb i w ostatniej chwili znaleźliśmy pokój w atrakcyjnej cenie i niezłej lokalizacji. Reszta podróży minęła nam spokojnie, a przelot nad lodowcami Grenlandii był fantastycznym i niezapomnianym przeżyciem. Jedynym problemem był brak możliwości oglądania filmów czy seriali w samolocie do Kanady – nie ściągnęliśmy aplikacji WestJet na telefony, a na laptopach nie mieliśmy odpowiednich kodeków. Dobrze, że mogliśmy się zająć trzema innymi ulubionymi aktywnościami: spaniem, jedzeniem i rozmawianiem.

LITERKI PRZED NAZWĄ ULICY MAJĄ ZNACZENIE…

Na lotnisku przywitała nas ogromna kolejka do odprawy celnej. Na szczęście poruszała się w miarę szybko, a panowie celnicy byli mili i nie zadawali żadnych trudnych pytań. Byli zdziwieni, że chcemy jechać z Vancouver do Toronto, bo przecież po wschodniej stronie Kanady „nie ma nic ciekawego”. Później okazało się, że to dość typowe u mieszkańców Kolumbii Brytyjskiej – kochają swoją prowincję i uważają, że jest najpiękniejszym miejscem na świecie (a już na pewno w całym kraju). Znając życie trudno im się dziwić, chociaż jesteśmy tu zbyt krótko, żeby to ocenić.

Wyszliśmy z lotniska i przeżyliśmy pierwszy szok – ilu tu jest Azjatów! Czy my na pewno jesteśmy w Kanadzie, a nie w Chinach albo Wietnamie? – taka myśl towarzyszyła nam w drodze do naszego nowego lokum. Z metra (tzw. skytrain) przesiedliśmy się w autobus, a następnie, z naszymi zbyt ciężkimi plecakami, ruszyliśmy w poszukiwanie domu zarezerwowanego przez Airbnb. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po 10 minutach bezskutecznych poszukiwań odkryliśmy, że przed nazwą 33 avenue ukryła się litera „E” oznaczająca EAST. Szkoda, że znajdowaliśmy się po zachodniej stronie (W czyli WEST), jedyne 8 kilometrów od celu… Żeby było „weselej”, dokładnie w tym momencie, pierwszy raz w życiu (!) użądliła mnie osa (zboczona fanka azjatyckiej mody wleciała do moich szerokich kolorowych spodni i nie chciała wylecieć…). Na szczęście okazało się, że nie jestem uczulona, a noga, jak to się mówi, do wesela się zagoi (dla przypomnienia – na początku października mój kuzyn, który mieszka pod Toronto, bierze ślub). Nie wiedzieliśmy za bardzo co mamy zrobić, nie chciało nam się wracać 1,5 kilometra na przystanek autobusowy, a potem przesiadać 2 czy 3 razy, więc zaczęliśmy nieśmiało łapać stopa (w centrum miasta – brawo my). Po chwili zatrzymała się taksówka (a to dziwne…) i przemiły pan oznajmił, że za taką trasę będziemy musieli zapłacić około 10 dolarów. Szczęśliwi (toż to śmieszne pieniądze jak na Kanadę!) zapakowaliśmy się do samochodu, po czym okazało się, że kierowca myślał, iż chodzi nam o zachodnią stronę alei. Dojazd pod ten numer na wschodnim krańcu kosztuje 3 lub 4 razy więcej… Już chcieliśmy wysiadać, gdy pan taksówkarz stwierdził, że właściwie kończy pracę i jedzie do domu, a po drodze znajduje się nasze mieszkanie, więc z chęcią nas podrzuci. Nie wierzyliśmy w nasze szczęście, a w ramach podziękowania wręczyliśmy mu magnes z Polski oraz obiecane 10 CAD.

Po krótkim odpoczynku udaliśmy się do sklepu, wciąż nie mogąc się nadziwić, że co drugi kierowca czy przechodzień ma azjatyckie pochodzenie. Oczywiście trafiliśmy do chińskiego marketu, który znajdował się w pobliżu dwóch restauracji – hinduskiej i wietnamskiej. Wiedzieliśmy, że Kanada jest multikulturowa, ale nie sądziliśmy, że aż tak. Bynajmniej nam to nie przeszkadza, szczególnie, że uwielbiamy azjatycką kuchnię. Wieczorem poszliśmy na piwko z moim kolegą z Katowic, którego nie widziałam od jakichś 6 lat. Czasem łatwiej jest spotkać się kilkanaście tysięcy kilometrów od domu, niż w rodzinnym mieście… Z resztą dwa dni później spędziliśmy cały wieczór z kilkuosobową ekipą ze Śląska.

VANCOUVER – PIERWSZE WRAŻENIE

Niestety stolica Kolumbii Brytyjskiej przywitała nas smogiem i kiepską widocznością. Praktycznie całe wakacje okoliczne lasy płonęły, więc powietrze jest aktualnie mocno zanieczyszczone, szczególnie gdy wiatr wieje w stronę oceanu. Nie udało nam się zobaczyć „pocztówkowego obrazka” wieżowców, zza których wyłaniają się dumne górskie szczyty. Za to pojeździliśmy kilka godzin rowerami po downtown, w Stanley Park zobaczyliśmy totemy symbolizujące rdzennych mieszkańców BC, spotkaliśmy się z Kasią, autorką bloga Kanada się nada, która mieszka w Vancouver od 3 lat, zjedliśmy tanią i pyszną chińszczyznę na Chinatown, uśmialiśmy się na widok kaczek przechodzących po pasach w centrum miasta i dotarliśmy do północnej dzielnicy, której spora część stanowi tajemniczy las. Spodobała nam się ta nie za wielka metropolia i mówiąc szczerze niezbyt chętnie ruszyliśmy dalej. Trzy dni na Vancouver to zdecydowanie za mało! Zresztą, jeszcze niedawno myśleliśmy, że miesiąc na podróż z zachodu na wschód Kanady to całkiem sporo czasu. Teraz już wiemy, że nie zdążymy odwiedzić nawet 1% pięknych miejsc, które są w tym kraju na każdym kroku.

CIEKAWOSTKI O VANCOUVER

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco, śledząc gadulcowego FANPAGE’A, INSTAGRAM oraz SNAPCHATA (nick: gadulec)! Zachęcam również do zapisania się do NEWSLETTERA (ramka pod spodem) oraz pozostawienia komentarza pod wpisem. To bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem. Z góry dziękuję!

121