Dwa całkowicie odmienne miasta. Położony nad rzeką, spokojny Kampot z pobliskimi farmami pieprzu, polami solnymi czy Parkiem Narodowym Bokor oraz Phnom Penh – stolica Kambodży – brudna, głośna, niezbyt ładna za to z wieloma ważnymi historycznie miejscami.

Arkadia Guesthouse – backpackerski raj!
Droga z Sihanoukville do Kampotu była najzabawniejsza w czasie całej naszej podróży po Kambodży. 100 kilometrowy odcinek pokonaliśmy w 4 godziny, ponieważ przez pierwsze dwie, co chwilę zatrzymywaliśmy się żebyś kogoś zabrać. I jak już byliśmy pewni, że kolejna osoba na pewno nie zmieści się do naszego busa to nie dość, że zmieściły się dwie osoby to jeszcze wzięły ze sobą koguta. I kraby. I ryby. Ostatecznie w 14-osobowym busie jechaliśmy w 23 osoby (plus zwierzęta), a nasze bagaże, powiązane sznurkami, wystawały z uchylonego bagażnika. Takie rzeczy tylko w Azji! 🙂

Chcieliśmy zakwaterować się w najbardziej znanym i polecanym hostelu w Kampocie – Arkadia Guesthouse. Oddalony o 8 km od centrum, prowadzony przez Australijczyka i Irlandczyka, jest idealnym miejscem na relaks i poznanie interesujących ludzi z całego świata. Niestety, pierwszy raz w czasie naszego wyjazdu, zostaliśmy odprawieni z kwitkiem. W przeciągu kilku najbliższych dni nie było żadnego wolnego miejsca. Wraz z parą Holendrów, która miała identyczny problem jak my (w Azji większość backpackersów nigdy nie robi rezerwacji – tutaj hostel sam cię znajduje ;)) udaliśmy się do innych bungalowów, nieco bliżej centrum. W sumie wyszliśmy na tym całkiem dobrze, bo w Arkadii i tak spędziliśmy dwa wieczory, a za nasz uroczy bambusowy domek w Kampot River Bunaglow płaciliśmy tylko 5$. Mimo wszystko Arkadię polecam z całego serca wszystkim podróżnikom! Hamaki, sala kinowa, ping pong, sangria za 1$, świetna atmosfera. A to wszystko koło rzeki, do której w każdej chwili można wskoczyć. Dodatkowo na wodzie jest mnóstwo atrakcji takich jak huśtawka, kilkumetrowa skocznia czy wielka poducha, dzięki której leci się „w kosmos”. Polecam zabawny filmik, na którym widać, jak wysoko zostałam „wystrzelona”.

 

Kampot – tam gdzie pieprz rośnie!
A co ciekawego można robić w Kampocie poza beztroskimi kąpielami? Oczywiście wypożyczyć motor i jechać na wycieczkę! Warto odwiedzić pola solne – kiedyś było tu morze, teraz została sama sól. To tutaj pierwszy i niestety ostatni raz, zobaczyliśmy prawdziwą, mniej turystyczną Kambodżę. Dzieciaki cieszyły się na nasz widok, machały do nas i krzyczały wesoło „hello”. Poczuliśmy się prawie jak w Laosie 🙂

Warto wspomnieć, że uprawiany w Kampocie pieprz jest jednym z najlepszych na świecie. Między Kep (nadmorski kurort) a Kampotem znajduje się mnóstwo plantacji pieprzu, które można odwiedzić. Z ciekawostek – z drzewek zbiera się pieprz zielony, który później można przekształcić w pieprz czarny, czerwony (susząc go) lub biały (gotując).

Nadmorska miejscowość Kep (oddalona od Kampotu około 30km), kiedyś była największym kurortem w Kambodży. Jednak od wielu lat Sihanoukville jest znacznie bardziej popularne, a w Kep jest mnóstwo wielkich i pustych hoteli. Miasteczko nie jest specjalnie urokliwe, interesującym miejscem jest targ krabów, na którym można kupić lub zjeść świeże owoce morza za grosze. Tam też, pierwszy raz spróbowaliśmy pyszego soku z trzciny cukrowej. Z Kep można popłynąć na Rabbit Island – nie mieliśmy niestety na to czasu, ale nasi znajomi z Londynu bardzo zachwalali to miejsce. Wyspa podobna do Koh Rong, ale znacznie mniejsza i spokojniejsza (tam prądu częściej nie ma niż jest ;)).

Kolejnym miejscem godnym uwagi jest Park Narodowy Bokor. Malownicza droga wiedzie na szczyt 800-metrowego wzgórza, z którego roztacza się piękny widok na okoliczne lasy, morze i miasteczka. Niestety mogliśmy sobie tylko to wszystko wyobrazić, bo jak tylko dotarliśmy na górę zrobiło się mgliście i deszczowo. Także warto sprawdzić prognozę pogody albo po prostu wybrać się na wzgórze Bokor, tylko jak niebo jest bezchmurne. A i tak polecam wziąć ze sobą coś ciepłego (i przeciwdeszczowego) do ubrania.

Na wzgórzu znajduje się buddyjska świątynia, katolicki kościół oraz… olbrzymie kasyno! Zdecydowanie nie pasuje do tego miejsca, ale najwyraźniej przyciąga Chińczyków czy innych turystów, ponieważ jest cały czas rozbudowywane. Warto udać się również do pobliskich wodospadów oraz zatrzymać się przy wielkim posągu Buddy (wygląda jak Pani Budda :D) zaraz przy drodze.

 

Lekcja historii w Phnom Penh
Z Kampotu do stolicy Kambodży jedzie się około 5-6 godzin. Tym razem obyło się bez większych przygód. Dość szybko znaleźliśmy tani guesthouse blisko Pałacu Królewskiego i tam właśnie skierowaliśmy swoje pierwsze kroki.

Pałac jest ładny, nie tak błyszczący jak ten w Bangkoku, jednak nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Najciekawsze było dla mnie to, że spotkaliśmy w nim robotników z Gdańska! Kilka miesięcy temu zostali wysłani do pracy w Phnom Penh na pół roku. Nie wyglądali na zbyt szczęśliwych – w końcu praca w 35 stopniach wykańcza każdego, nawet pracowitego Polaka.

W stolicy Kambodży znajduje się kilka historycznie bardzo ważnych miejsc. W 1975 roku kraj ten został przekształcony w Demokratyczną Kampuczę. Czerwoni Khmerzy z Pol Potem na czele przejęli władzę i doprowadzili do śmierci prawie 1/4 mieszkańców Kambodży (w wyniku masowych mordów, głodu oraz chorób zginęło około 1,5 mln ludzi). Zabijali każdego kto przejawiał jakiekolwiek oznaki ponadprzeciętnej inteligencji – na przykład znał obcy język, nosił okulary czy miał zbyt gładkie dłonie.

W muzeum ludobójstwa – Tuol Sleng (inaczej nazywane S-21), w którym kiedyś mieściło się więzienie, znajduje się mnóstwo zdjęć i wspomnień osób, które były tu przetrzymywane i torturowane. Szkolne tablice w więziennych celach (przed 1975 rokiem było tu liceum), potęgują przygnębiający widok. Podobno tylko 8 osób przeżyło pobyt w S-21. Poznaliśmy jedną z nich – starszy Pan promował swoją książkę, akurat w czasie naszej wizyty w więzieniu.

Miejscem jeszcze bardziej dołującym jest Killing Fields – pola oddalone około 18km od centrum Phnom Penh. To tam zabijano więźniów. Mężczyzn, kobiety, dzieci. Niewinnych ludzi.

W cenie biletu otrzymuje się audio przewodnik, dzięki któremu można dowiedzieć się wielu szczegółów o Killing Fields i tamtych latach. Najbardziej przerażający jest widok drzewa, o które zabijano niemowlęta. Obecnie podróżnicy zawieszają na nim kolorowe bransoletki – ku pamięci tysiącom zamordowanych tu ludzi. Ja również swoją zostawiłam.

Przeczytałam kiedyś, że Killing Fields to takie prymitywne Auschwitz. Zgadzam się z tymi słowami. Jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ zarówno w Polsce jak i Kambodży, ginęli niewinni ludzie. Wszelkiej religii, płci, narodowości i wieku. Po wizycie w takich miejscach nasuwa się tylko jedno pytanie – dlaczego „ludzie ludziom zgotowali ten los”…

 

Pozostałe atrakcje
W stolicy Kambodży znajdują się dwa wielkie markety. Jeden znany jako Central Market (Phsar Market) znajduje się w centrum miasta i jest ciekawy pod kątem architektonicznym. Drugi – Russian Market (Phsar Toul Tom Poung) – mieści się w południowo-zachodniej części Phnom Penh. Jest tańszy i bardziej lokalny. Za parę dolarów kupi się tutaj wszystko – począwszy od „markowych” ubrań (Calvin Klein, Gucci, Armani – do wyboru do koloru!), przez srebrną biżuterię (piekna!) po sprzęt elektroniczny (Beatsy, Apple itp.).

Ładnie prezentuje się również Wat Phnom – zarówno w nocy jak i w dzień. Można również udać się do Narodowego Muzeum czy też na pokaz narodowego tańca Apsara. My przez pomyłkę dotarliśmy do Teatrzyku Kukiełkowego, ale też było fajnie 😉

Na koniec ważna informacja dla wszystkich, którzy chcą spróbować prawdziwych khmerskich potraw. Zamiast iść do restauracji nad rzeką w turystycznej części miasta, lepiej jechać na drugą stronę mostu, gdzie kilometr za nim (jadąc cały czas prosto) pojawią się duże, eleganckie restauracje. Są to miejsca, gdzie jadają najbogatsi mieszkańcy stolicy, a i tak jest tu taniej (i znacznie smaczniej) niż w restauracjach dla cudzoziemców. W dodatku obsługa traktuje cię jak króla (nawet jak nie masz na sobie garnituru czy szpilek jak miejscowi ;)) i dostaje się darmową przystawkę oraz deser. Na danie główne polecamy amok – ryba w mleczku kokosowym, owinięta w liście bananowca.

 

Informacje praktyczne (1$ = około 4000 rieli):
– bus z Sihanoukville do Kampotu z hostelu – 6$,
– tuk-tuk z centrum do Arkadii – 4-5$,
– nocleg w Arkadia Backpackers – od 5$ za osobę,
– bambusowy domek z łazienką (Kampot River Bungalow) – 6/5$,
– pyszna kanapka w knajpce w tym samym miejscu, gdzie spaliśmy – od 2$,
– wynajem motoru na 24h – 6/7$,
– benzyna – 5000 rieli za litr,
– sok z trzciny cukrowej – 1000 rieli (!),
– szaszłyk z 6 krewetkami na targu krabów – 1,5$,
– wstęp do Parku Narodowego Bokor – 2000 rieli,
– autobus z Kampotu do Phnom Penh z odbiorem z hostelu – 6$,
– pokój z łazienką (niestety bez okna) w Longlin Hostel – 7$ – lepiej zapłacić więcej za pokój z klimatyzacją i/lub oknem!
TUTAJ inne guesthouse’y w Phnom Penh,
– bilet do Pałacu Królewskiego – 6$,
– bilet do Muzeum Narodowego – 5$,
– bilet do Muzeum 21 – 3$ (z legitymacją studencką za darmo),
– bilet do Killing Field (Choeung Ek) – 6$ – w cenie sprzęt audio,
– przepyszny amok w restauracji dla bogatych Khmerów – 3,5$,
– źle przyrządzony amok w restauracji dla turystów – 4,5$.

Pamiętajcie o projekcie Piątki z podróży. Wy również możecie przekazać symbolicznego piątaka! ;)
Fundacja „Król i Smok”
Nr konta: 21 1020 5242 0000 2102 0324 1874
Adres:
PKO BP O 9 we Wrocławiu
ul. Grabiszyńska 240
53-235 Wrocław

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco śledząc gadulcowego FANPAGE’A oraz INSTAGRAM!

121