Jukatan-informacje-praktyczneTo zdecydowanie najchętniej odwiedzana część Meksyku. Do samego Cancun, co roku, przyjeżdża 5-6 milionów turystów, w tym coraz więcej Polaków. Jukatan to urokliwe, kolonialne miasta i miasteczka, cenotes z krystalicznie czystą wodą, intrygujący podwodny świat, rajskie plaże oraz majestatyczne ruiny Majów. Mam nadzieję, że poniższe informacje praktyczne przydadzą Wam się przy planowaniu podróży po tym pięknym zakątku naszej planety.

PÓŁWYSEP JUKATAN – INFORMACJE OGÓLNE

Warto nadmienić, że Jukatan to półwysep przynależący do Meksyku, Belize i Gwatemali, a także nazwa stanu kraju tequili i tortilli graniczącego z Quintana Roo oraz Campeche. W poniższym tekście opisuję część meksykańską półwyspu – od Campeche po Bacalar.

NAJCIEKAWSZE MIEJSCA JUKATANU

WIELOBARWNE CAMPECHE

Zaczniemy od miejscowości, do której dotarliśmy autobusem z Palenque w stanie Chiapas. Campeche to bardzo zadbane i spokojne miasto portowe. Wyróżnia się kolorowymi kamienicami i murami obronnymi, które otaczają starówkę (można się nimi przespacerować po uiszczeniu niewielkiej opłaty). Przy okazji polecam zajrzeć do któregoś z siedmiu bastionów przerobionych na małe muzea. W centrum znajdziemy także kilka ładnych kościołów na przykład Katedrę na placu głównym (natomiast wewnątrz Templo San Jose odbywa się market z wyrobami rękodzielniczymi). Warto przespacerować się deptakiem nad brzegiem morza do Parador Gastronómico de Cocteleros gdzie mieszczą się knajpki ze smacznymi owocami morza. Spróbowaliśmy tam lokalnego specjału pan de cazón, czyli tortilli przekładanych sosem pomidorowym, fasolą i mięsem z młodego rekina (specyficzna potrawa, ciężko powiedzieć czy polecam czy nie, musicie sami skosztować). Wieczorem, po pięknym zachodzi słońca, można wybrać się na darmowy pokaz „światło i dźwięk” przedstawiający historię Campeche. Odbywa się on codziennie o godzinie 20:00 przy El Palacio Centro Cultural (koło jednej z bram do starego miasta).

Miejscowość została założona przez hiszpańskich konkwistadorów w 1540 roku pod nazwą San Francisco de Campeche. Wcześniej w tym miejscu znajdowało się miasto Majów nazywane Canpech lub Kimpech. Przez lata Campeche było atakowane i rabowane przez piratów, stąd liczne mury i fortyfikacje, które je otaczają. W 1999 roku zabytkowe centrum zostało wpisane na listę UNESCO.

Jeden dzień spokojnie wystarczy na odwiedzenie największych atrakcji Campeche, nieśpieszny spacer po śródmieściu i nacieszenie wzroku barwnymi budynkami.

ZATŁOCZONA MERIDA I FLAMINGI KOŁO PROGRESO

To miasto niespecjalnie przypadło mi do gustu. Wiem jednak, że wiele osób uwielbia Meridę i ma z nią same dobre wspomnienia. Spędziliśmy tu 3 dni głównie pracując w naszym klimatycznym mieszkaniu znalezionym na Airbnb. To stąd lecieliśmy na Kubę, więc musieliśmy zmontować filmy oraz napisać teksty „na zapas” (nie wiedzieliśmy jak działa internet na wyspie Castro).

Merida to najludniejsze miasto Jukatanu (prawie 900 tysięcy mieszkańców). Kiedyś nazywana Paryżem Nowego Świata lub Białym Miastem, była skupiskiem największej liczby milionerów w Meksyku.

Jeśli chodzi o centrum to najmilej wspominam wizytę w Casa de Montejo. Wielki dom, niegdyś zamieszkały przez szlachecką rodzinę, teraz przerobiony na muzeum (wstęp darmowy). Trafiliśmy również na pokaz tradycyjnych tańców, co było bardzo ciekawym, głośnym i kolorowym doświadczeniem. Mimo wszystko, tłoczna i zabiegana Merida, nie została moją ulubioną miejscowością w kraju.

Dużo bardziej podobała mi się wycieczka do miasteczka Progreso, oddalonego od Meridy około 30 kilometrów, gdzie udaliśmy się w poszukiwaniu flamingów. To jedno z dwóch najpopularniejszych miejsc w okolicy, w których można spotkać te ptaki w naturalnym środowisku. Drugim jest Celestun, ale wyprawa byłaby dłuższa i kosztowniejsza. Do Progreso bez problemu da się dotrzeć miejskim autobusem, następnie należy się przesiąść w busik do Chicxulub Puerto lub Telchac. Flamingi można zobaczyć z wieży widokowej Parador Uamitun lub podjechać jeszcze bardziej na wschód (autostopem, autobusem lub taksówką).

CENOTES W VALLADOLID I RÓŻOWE JEZIORKA LAS COLORADAS

Z Kuby przylecieliśmy do Cancun i prosto z lotniska udaliśmy się do Valladolid, by kontynuować eksplorację Jukatanu. Od razu polubiłam to stosunkowo małe miasto. Nie ma tu zbyt wielu turystów, życie toczy się spokojnie, a codziennie wieczorem o godzinie 21:00, na murach klasztoru San Bernardino de Siena, odbywa się pokaz „światło i dźwięk”, w czasie którego w 15-20 minut poznamy ciekawą historię Valladolid i okolic (najpierw jest puszczana wersja w języku hiszpańskim, następnie angielskim). Ciekawostką jest cenote Zaci, czyli studnia krasowa o krystalicznie czystej wodzie utworzona w skale wapiennej, która znajduje się w samym centrum miasta! Złota rada Gadulca: zamiast płacić za wstęp, polecam kupić napój czy deser w pobliskiej restauracji (przy okazji możemy się wykąpać i zrobić zdjęcia, bo jest tu osobne zejście do „jeziorka”).

Jednego dnia, wraz ze znajomą parą polsko-norweską, wynajęliśmy skutery i pojechaliśmy do cenotes oddalonych kilka kilometrów od centrum. Na całym Jukatanie jest ich mnóstwo, my tym razem wybraliśmy X-Keken oraz Samula. Obie zrobiły na mnie ogromne wrażenie! Koniecznie pojedźcie tam rano, żeby uniknąć tłumów pomarańczowych ludków (czyt. zorganizowanych wycieczek). Do cenotes można też wybrać się rowerem, co z pewnością jest świetnym pomysłem (o ile temperatura nie przekracza 35 stopni w cieniu). My jednak zaplanowaliśmy jeszcze wizytę w Las Coloradas (120 km w jedną stronę), więc musieliśmy mieć szybszy środek transportu. Niestety, zachwalane przez wszystkich różowe jeziorka, nie były tak piękne i kolorowe jak na zdjęciach na Instagramie czy Pintereście. Mówiąc szczerze było to moje największe rozczarowanie, jeśli chodzi o podróż po Meksyku. Nie wiem czy trafiliśmy tam za późno (była bodajże godzina 14:30) czy wszyscy turyści używają miliona filtrów, by jeziorka miały idealny kolor (w końcu lajki muszą się zgadzać hehe). Laguna powstała w następstwie działającej w okolicy od wielu lat, ogromnej fabryki soli. Różowe oraz pomarańczowe kolory pochodzą od naturalnego barwnika wytwarzanego przez czerwony plankton i skorupiaki z rodzaju artemia, które mieszkają w wodzie. Gdy jezioro paruje, organizmy te stają się bardziej skoncentrowane, co dodatkowo wyostrza jej barwę, a dodatkowo przyciąga mnóstwo flamingów. I to właśnie owe ptaki, moim zdaniem, były w tym wszystkim najciekawsze. W pobliżu znajduje się także Rezerwat Biosfery Rio Lagartos, ale niestety nie zdążyliśmy go odwiedzić (by go zwiedzać trzeba wynająć łódkę). Więcej o takiej wycieczce dowiecie się TUTAJ.

Jeśli zdjęcia Wam nie wystarczają to koniecznie obejrzyjcie nasz filmik:

PLAŻE, RUINY MAJÓW I NURKOWANIE W TULUM

Z Valladolid stopem (ja z Mayą) oraz autobusem (Damian z Raymondem) pojechaliśmy do Tulum. Miejsce ciut mniej popularne, niż Cancun czy Playa del Carmen, ale z roku na rok, coraz bardziej zatłoczone. Zatrzymaliśmy się w typowo backpackerskim hostelu z basenem w centrum miasta i od razu ruszyliśmy na plażę. Jest ona oddalona od miasteczka o jakieś 4 kilometry, więc najlepiej wypożyczyć rower, złapać okazję, taksówkę albo lokalny autobus, który jeździ baaaardzo rzadko. Oczywiście możemy znaleźć lokum bliżej morza, ale wtedy na pewno zapłacimy więcej niż 40 czy 50 zł za osobę za noc.

Plażę w Tulum zaliczam do jednych z piękniejszych, na jakich kiedykolwiek byłam. Niestety jest na niej sporo ludzi, ale i tak kolor wody wynagradza wszystko (szczególnie w połączeniu z błękitnym niebem!). Tuż obok znajdują się ruiny miasta Majów, które oczywiście odwiedziliśmy. Nie są tak majestatyczne jak Teotihuacán czy Palenque, ale niezwykłe położenie nadaje im uroku. W dodatku cały obiekt archeologiczny zamieszkuje mnóstwo zwierząt w tym iguany i ostronosy-słodziaki. Szkoda tylko, że trafiliśmy na pochmurną pogodę… No cóż, nie można mieć wszystkiego.

W okolicy Tulum jest jeszcze więcej cenotes, niż koło Valladolid. Moim wielkim marzeniem było zanurkowanie w jednej z nich (a najlepiej kilku), więc postanowiłam nie zwlekać z jego realizacją. Damian na rowerze pojechał snorkelować w Gran Cenote oraz Carwash, a ja wraz ze znajomymi eksplorowaliśmy w pełnym ekwipunku PIT i Dos Ojos.

PIT ma aż 119 metrów głębokości (najwięcej, jeśli chodzi o stan Quintana Roo). My nurkowaliśmy na nieco ponad 30 metrów i było te zdecydowanie jedno z najbardziej niezwykłych i obłędnych doświadczeń w moim życiu. Haloklina (warstwa przejściowa pomiędzy wodami słonymi i słodkimi), krystaliczna woda, snop światła wpadający do środka oraz liczne formacje skalne – to wszystko sprawiło, że czułam się jak w innym wymiarze. Nurkowanie w Dos Ojos było również bardzo ciekawe, na znacznie mniejszej głębokości, za to podwodnych stalaktytów i stalagmitów było dużo więcej. Atrakcja do tanich nie należy, ale moim zdaniem jest warta swojej ceny.

Popołudniu spotkaliśmy się wszyscy w Casa Cenote, by pływać i snorklować w tym podłużnym jeziorku, w kształcie litery „L”. Na samym końcu czekała na nas niespodzianka – najprawdziwszy kajman wygrzewał się na kamieniach, a my pluskaliśmy się tuż koło niego! Przyznam szczerze, że trochę się bałam, co zresztą widać na filmiku i zdjęciach. Co nie zmienia faktu, że było to ciekawe przeżycie! Innego dnia wypożyczyliśmy rowery (bardzo popularna i wygodna forma transportu po Tulum i okolicy) i pojechaliśmy do Cenote Crystal i Escondido (Mayan Blue). Są ładne, ale mówiąc szczerze nic specjalnego, uważam, że można je sobie odpuścić, a w zamian odwiedzić chociażby Gran Cenote czy Carwash (tam nie dotarłam, ale Damian mówił, że super szczególnie ta pierwsza).

Samo miasto to przede wszystkim hostele, hotele, pensjonaty, restauracje, bary i sklepiki, czyli typowy turystyczny młyn. Jeśli szukacie meksykańskiej tradycji i kultury to na pewno nie znajdziecie tego w Tulum. Podobno w Playa del Carmen i Cancun jest jeszcze „gorzej”. Nie wiem, nie byłam, ale ostrzegam, żebyście nie byli rozczarowani. Tak czy siak to świetna baza wypadowa po całej okolicy, a w naszym hostelu, co wieczór, były organizowane tematyczne kolacje. Dobrze było zjeść sushi czy porządne barbecue, po tygodniach spod znaku tortilli 😉 Fajne są również „happy hours” w niektórych barach – kobiety w konkretne dni piją drinki za darmo.

Warto również odwiedzić plażę Akumal, która znajduje się 27 kilometrów od Tulum. Najlepiej pojechać tam autostopem lub autobusem. Słynie ona z żółwi morskich żerujących tuż przy brzegu. W trosce o bezpieczeństwo i dobre samopoczucie zwierząt wprowadzono ograniczenia i od jakiegoś czasu można snorklować tylko z przewodnikiem / wycieczką. Przy odrobinie szczęścia spotkamy żółwie pluskając się w morzu po prawej stronie plaży (za darmo). W drodze powrotnej można wstąpić na mało znaną i nierzadko pustą plażę Xcacel (mieści się tam również cenote o tej samej nazwie).

Przeżyj to razem z nami i zobacz VLOGA z Tulum i Punta Allen!

SPOKÓJ W PUNTA ALLEN

Jeśli szukacie ciszy i świętego spokoju, a kilkugodzinna podróż po byle jakich drogach nie jest Wam straszna to koniecznie zaplanujcie pobyt w Punta Allen. Do tej maleńkiej miejscowości, oddalonej od Tulum jedynie 55 kilometrów, wiedzie jedna szutrowa droga. Znajduje się na końcu cypelka, który w całości jest rezerwatem biosfery Sian Ka’an. Można się tam dostać na kilka różnych sposobów: jeepem ze zorganizowaną wycieczką (w samym Punta Allen spędza się wtedy tylko kilka godzin), autobusem / taksówką do kas biletowych, a następnie łódką do wioski albo wypożyczonym samochodem. My wybraliśmy trzecią opcję. 55-kilometrowy odcinek pokonaliśmy w 3 godziny (powrót zajął nam godzinę krócej, ale tak pobrudziliśmy samochód, że musieliśmy płacić za dodatkowe czyszczenie). Droga naprawdę jest fatalna. I bardzo dobrze, bo zawsze tam, gdzie trudno się dostać jest pięknie, a przede wszystkim mniej turystycznie. Sama miejscowość to kilkadziesiąt domków, kilka sklepów i parę restauracji. Plus jeden kościół z oknami wychodzącymi na ocean. Bajka. Poza naszą czwórką (dalej podróżowaliśmy na dwie pary), w wiosce było raptem kilku innych turystów. Szybko zapoznaliśmy się z wesołym Czechem i poczciwym Francuzem, a następnie wszyscy razem wybraliśmy się na wycieczkę. Przez kilka godzin pływaliśmy łódką po całej okolicy wypatrując różnych zwierząt. Udało nam się zobaczyć całe stado delfinów, przedziwne ptaki, które nadymają się, by zaimponować samicom, żółwie, a nawet manata. Dodatkowo, zatrzymaliśmy się przy pięknej lagunie, o krystalicznie czystej wodzie i złoto-białym piasku. W cenie był również snorkeling (najsłabszy punkt programu moim zdaniem, ale podglądanie kolorowych rybek zawsze jest fajne). Cała atrakcja zdecydowanie była warta swojej ceny, szczególnie że w większości miejsc byliśmy sami.

Jedyną wadą Punta Allen są plaże, a raczej ich brak. Wybrzeże jest tutaj wąskie i nieciekawe, mnóstwo tu mangrowców, w których nie wiadomo co się czai. Tak czy siak warto się tu wybrać, szczególnie, jeśli chcemy odpocząć od wszechobecnych tłumów. Przy okazji serdecznie polecam maleńki guesthouse Posada Sirena – czteroosobowy pokój z kuchnią, łazienką i hamakiem idealnie wpasowuje się w niespieszny klimat tej mieściny.

SIEDEM ODCIENI BŁĘKITU BACALAR

Na koniec perełka i jedno z naszych ulubionych miejsc w Meksyku. Laguna Bacalar, czyli jezioro mieniące się siedmioma kolorami błękitu. To tutaj podjęliśmy naszą pierwszą współpracę z hotelem (w czasie wyprawy przez Amerykę Środkową robimy zdjęcia / filmiki, w zamian za 2-3 noclegi w porządnych ośrodkach). Zostaliśmy również zaproszeni na rejs po lagunie. Przejrzysta woda naprawdę ma wiele odcieni niebieskiego, a bezchmurne niebo tylko potęguje niesamowity odbiór tego miejsca. Jedyne czego brakuje to piaszczysta plaża, ale na molo opala się niewiele gorzej (przynajmniej piasek nie wchodzi tam gdzie nie powinien!). Bacalar jest dużo spokojniejsze, niż Tulum, można tu odpocząć i cieszyć się pięknem przyrody. Warto wypożyczyć kajak albo wybrać się na wycieczkę wspomnianym wyżej jachtem. Polecam również odwiedzić Cocalitos, gdzie znajdują się stromatolity (formacje skalne złożone z cienkich lamin węglanu wapnia wytrąconego z wody morskiej jako efekt uboczny życia sinic – ponoć występują tylko w kilku miejscach na świecie). Ponadto są tam huśtawki, na których osobiście najchętniej spędziłabym cały dzień.

Jeszcze więcej pięknych widoków z Bacalar i trochę szczegółów o meksykańskiej kuchni:

INFORMACJE PRAKTYCZNE

TRANSPORT

Samochód

Jeśli przylatujecie do Meksyku tylko na 2-3 tygodnie i planujecie zobaczyć głównie Jukatan (plus ewentualnie Palenque czy San Cristobal de las Casas) polecam wynajęcie samochodu na lotnisku w Cancun. Szczególnie, jeżeli podróżujecie w 3-5 osób. Cały półwysep jest bezpieczny (oczywiście trzeba mieć głowę na karku, jak w każdym miejscu na świecie), samochód to stosunkowo tania i zdecydowanie najwygodniejsza opcja.

Autobusy

Innym rozwiązaniem są autobusy. Najpopularniejszą firmą w kraju jest ADO. Mają wysokiej klasy autokary, z toaletą, klimatyzacją i wygodnymi fotelami. Niestety ceny też są wysokie, chyba że kupimy bilet kilka dni (a najlepiej tygodni) wcześniej. Problem w tym, że niemeksykańskie karty płatnicze nie działają, więc nie możemy dokonać zakupu online. Najlepiej pierwszego dnia pobytu w Meksyku udać się do biura ADO i kupić kilka biletów na najbliższe dni, a nawet cały wyjazd. Są również inni przewoźnicy np. Maya. Podróż jest mniej komfortowa i dłuższa (autobus zatrzymuje się we wszystkich wioskach i nie jedzie autostradą), ale tańsza. Generalnie połączeń autobusowych, szczególnie między głównymi miastami, jest mnóstwo i działa to wszystko bardzo dobrze. A na dworcach praktycznie zawsze jest darmowe WiFi.

Inne opcje

Gorzej, jeżeli nie lubimy planować, a spontaniczność to nasze drugie imię. Wtedy zostają dwie inne opcje, które sami nieraz testowaliśmy i bardzo polecamy. Blablacar i autostop. Szczególnie ten drugi działa na Jukatanie bardzo dobrze. Ani razu nie czekaliśmy dłużej, niż pół godziny. Meksykanie z reguły są sympatyczni, pomocni i pogodni, z jednym panem rozmawialiśmy nawet o II wojnie światowej (wyjaśnienie dlaczego Hitler zabijał Żydów, naszym łamanym hiszpańskim, było naprawdę nie lada wyzwaniem!).

Taksówki

Taksówki są tanie, a w kilku miejscach działa jeszcze tańszy Uber (przy czym np. w Meridzie jest nielegalny, ponoć mają „wojnę” z taksówkarzami, być może teraz sytuacja się zmieniła, ale kierowca poprosił, żeby jedna osoba siedziała z przodu i abyśmy udawali, że wcale nie jedziemy Uberem :D).

NOCLEGI

Najczęściej nie robiliśmy rezerwacji, sprawdzaliśmy tylko najtańsze noclegi na Bookingu i przyjeżdżaliśmy w dane miejsce licząc na nasze umiejętności negocjacyjne (i wolne pokoje). Prawie zawsze się udawało, ale nie polecam takiego rozwiązania, jeśli mamy mało czasu albo jesteśmy w Meksyku w szczycie sezonu (grudzień-kwiecień). Warto również sprawdzać ceny noclegów na Airbnb dla porównania.

Kilka miejscówek, które polecam:

Valladolid: Cafe Hostal (dwuosobowy pokój z dzieloną łazienką – 250 pesos, dostęp do kuchni i sporej wielkości ogrodu, dobra lokalizacja, bardzo miła właścicielka.

Tulum: Che Hostel (czteroosobowy pokój z łazienką i śniadaniem – 800/1000 pesos – w zależności od sezonu, typowy backpackerski hostel, codziennie inna kolacja tematyczna np. sushi, pizza, grill „jedz ile chcesz”, trochę głośno, ale bez problemu zasypialiśmy o godz. 22 czy 23, jest tu basen i możliwość wolontariatu). Hostel Tzunun (nocleg w dwuosobowym namiocie z łóżkiem i śniadaniem – 300 pesos, prawdopodobnie najtańsza opcja w mieście)

Punta Allen: Posada Sirena (wielki czteroosobowy pokój z łazienką i kuchnią – 800 pesos – jak pisałam wyżej, polecam z całego serca!)

Bacalar: Las Velas (dwójka z prywatną łazienką – 1000-1200 pesos, bardzo spokojne miejsce nad samym jeziorem, oddalone 2,5 kilometra od centrum; cudowne wschody słońca, które można podziwiać z łóżka plus huśtawka nad jeziorkiem – opcja głównie dla osób, które podróżują własnym środkiem transportu, bo w okolicy nie ma tanich knajpek, a do miasteczka daleko). Hospedaje Consuelo (pokój dwuosobowy z prywatną łazienką – 300 pesos, w centrum miasta, skromnie, ale czysto i tanio)

W Meridzie oraz Campeche spaliśmy w pokojach wynajętych przez portal Airbnb. Jeśli jeszcze nie masz tam konta możesz je założyć TUTAJ, a przy okazji odebrać 100 zł zniżki na pierwszy nocleg.

JEDZENIE

Kuchnia Jukatanu nie wyróżnia się niczym szczególnym od kuchni meksykańskiej. Bazą są tortille, fasola, mięso w różnych postaciach i oczywiście ostra papryczka chilli. Jeśli chodzi o street food królują tacosy, tamales i inne fajitas. Popularne jest też ceviche, ryby oraz wszelkie owoce morza. Najbardziej utkwiły mi w pamięci dania na zadaszonym markecie w Valladolid (tuż obok placu głównego). Zupa cytrynowa to jedna z kilku sztampowych potraw kuchni jukatańskiej. Nierzadko gotowaliśmy sobie sami – w celach oszczędnościowych i bo po prostu lubimy gotować, poza tym ileż można stołować się w knajpach! Polecam również dość ekskluzywną, ale bardzo ładnie urządzoną restaurację Los Aluxes w Bacalar (dla tych huśtawek warto napić się chociażby samej kawy), tanią knajpkę z pysznymi tacosami w Tulum (naprzeciwko Sale&Pepe, koło sklepu 7-11, tuż przy skrzyżowaniu, gdzie w jedną stronę jedzie się na plażę, w drugą na Plażę Akumal, a w trzecią do Valladolid) oraz uroczą restaurację El Apapacho w Meridzie.

Sklepy spożywcze są praktycznie wszędzie, od małych, lokalnych straganów przez Oxxo czy 7-11, po duże supermarkety typu Wallmart. Produkty w większości są tańsze, niż w Polsce lub w podobnych cenach. Nie dotyczy nabiału, który w całej Ameryce Środkowej jest droższy, niż u nas. Generalnie Meksyk jest cywilizowanym krajem, a Półwysep Jukatan szczególnie.

PRZYKŁADOWE CENY

Jukatan jest droższy, niż pozostałe meksykańskie stany, szczególnie tyczy się to miejsc turystycznych albo trudno dostępnych (jak Punta Allen czy wyspy typu Holbox). Trzeba pamiętać, że w połowie grudnia ceny szybują w górę – i tak za jeden nocleg w Tulum zapłaciliśmy 800 pesos na 4 osoby, a za kolejne 1000. Niski sezon zaczyna się po Wielkanocy i trwa mniej więcej do 15-20 grudnia. W wakacje (czerwiec-sierpień) również może być nieco drożej.

(5 MXN = prawie 1 PLN, ceny z listopada i grudnia 2017 roku)

  • Jedzenie uliczne – 20-40 MXN (posiłek dla jednej osoby)
  • Cappuccino – od 20 MXN
  • Corona w sklepie – od 20 MXN
  • Autobus ADO z lotniska do centrum w Cancun – 78 MXN
  • Autobus Maya z Cancun do Valladolid – 120 MXN (ADO kosztował około 160 MXN, ale jechał godzinę krócej)
  • Wynajem samochodu na 24h w Tulum – od 600 MXN
  • Wstęp do ruin miasta Majów w Tulum – 70 MXN
  • Nurkowanie w cenotes – 160 USD za 2 nurki, 180 USD za 3 nurki – ceny z pełnym sprzętem, lunchem, transportem i wstępami do cenotes (w tym jedno głębokie nurkowanie; w przypadku, gdy wszystkie nurki są płytkie, bo np. nie ma się odpowiednich uprawnień, cena jest niższa)
  • Wstęp do cenotes – od 0 do 250 MXN (gdy nurkujemy w jakiejś cenote, w 99% przypadków w cenie jest zawarty wstęp)
  • Wypożyczenie roweru w Tulum – 100 MXN
  • Wypożyczenie skutera w Valladolid – 350 MXN
  • Uber z centrum Meridy na lotnisko – 70 MXN

MAPA MIEJSC, KTÓRE ODWIEDZILIŚMY

Jukatan to przepiękna i fascynująca część Meksyku, jednak warto pamiętać, że jest równocześnie najchętniej odwiedzanym regionem tego kraju. W miejscach typu Cancun, Playa del Carmen, Tulum lub Chichén Itzá turystów jest od groma. Z resztą właśnie ze względu na dzikie tłumy (oraz nieznośny upał i wygórowaną cenę) odpuściliśmy zwiedzanie tych najsłynniejszych majańskich ruin. Ponadto, większość osób, które odwiedziły wcześniej w Teotihuacán, Tikál czy Palenque było bardzo rozczarowanych Chichén Itzą. Nie po drodze było nam również na rajską wyspę Holbox, Cozumel czy Mujeres. Nie odwiedziliśmy również kilku dawnych miast Majów, jak chociażby, zachwalanego przez wszystkich, kompleksu Uxmal. Podsumowując: jeśli fascynują Was przede wszystkim ludzie, ich kultura i odmienne tradycje to możecie być trochę rozczarowani. Cały półwysep jest bardzo rozwinięty i zamerykanizowany. Natomiast, jeżeli lubicie cudowną naturę, zwierzęta, nurkowanie lub pływanie z maską i rurką w krystalicznie czystej wodzie, zapierające dech w piersiach zachody słońca i majańskie ruiny to z pewnością prędko zakochacie się w Jukatanie.

Byliście w tej części Meksyku? A może wybieracie się niebawem? Dajcie znać co uważacie o Jukatanie!

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco, śledząc gadulcowego FANPAGE’A, INSTAGRAM (InstaStories!) oraz SNAPCHATA (nick: gadulec). Zachęcam również do zapisania się do NEWSLETTERA (ramka pod spodem) oraz pozostawienia komentarza pod wpisem. To bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem. Z góry dziękuję!

121