laos

W drodze do Laosu na jeden dzień zatrzymaliśmy się w Chiang Rai. Miasto słynie przede wszystkim z przepięknej, jedynej w swoim rodzaju świątyni White Temple. Drugą popularną atrakcją jest Black House. Następnie udaliśmy się do Luang Namtha (już w Laosie) i sprawdziliśmy na własnej skórze, że drogi w tym kraju należą do jednych z najgorszych na świecie. Kolejnym przystankiem, na chwilę relaksu, było małe miasteczko Nong Khiaw.

Chiang Rai
Wszystkie guesthouse’y w tym mieście mieszczą się na ulicy odchodzącej od Clock Tower. Zatrzymaliśmy się w hostelu, w którym jeszcze trwał remont – jak skończą będzie na pewno świetnym miejscem dla rastamanów z całego świata. Już teraz pełno w nim Boba Marleya, a pracujący tam Tajowie mają mnóstwo tatuaży i dready. Fajny klimacik. W dodatku na przeciwko znajduje się bardzo urocza kawiarenka – Nangnon Cafe, z pyszną kawą i smacznym, całkiem tanim śniadaniem w stylu europejskim (jajka, tosty, parówki, sok).
Po wypożyczeniu motoru i pokonaniu paru przeszkód (pojechaliśmy w złą stronę), dotarliśmy do słynnej świątyni Wat Rong Khun. Prace nad jej budową rozpoczęły się około 16 lat temu. Autorem jest znany tajski artysta Chalermchai Kositpipat. Jego dzieło, choć jeszcze nie ukończone, robi oszołamiające wrażenie! Świątynia jest nieskazitelnie biała, w dodatku wszędzie są umieszczone małe lusterka, co daje niesamowity efekt czystości i przejrzystości. Przed głównym wejściem znajduje się most – wchodząc na niego miniemy setki rąk błagających o pomoc. Symbolizują one ludzkie cierpienie, żądzę i piekło. Idąc w kierunku Buddy, który mieści się w samym środku White Temple, zostawiamy swoje własne demony za sobą. Ścienne murale w samej świątyni są również bardzo interesujące. Zobaczymy Batmana, Spidermana, Jacka Sparrowa czy Harry’ego Pottera (a nawet Minionka i Angry Birds), czyli ówczesnych bohaterów filmowych i bajkowych. Przedstawienie ich między upadającymi wieżami World Trade Centre sugeruje, że nie są oni w stanie uratować naszego świata. Dodatkowo nad nimi góruje wielki demon, w oczach którego znajduje się Bin Laden i George Bush! To wszysto ma nas uświadomić, że tylko Budda może zbawić ludzkość.
Drugą niecodzienną budowlą w Chiang Rai jest Black House – całkowite przeciwieństwo White Temple. Stworzył go Thawan Duchanee. Jest to komples kilkudziesięciu budynków zbudowanych z drewna, szkła, terrakoty i innych tworzyw. Wewnątrz można podziwiać ogromny zbiór trofeów myśliwskich artysty. Jeśli ktoś jest bardzo wrażliwy i uwielbia zwierzęta, całość może nie przypaść mu do gustu.

Luang Namtha
Po przekroczeniu granicy z Laosem (trzeba liczyć około godzinę czasu na transfer, wyrobienie wizy itp.) znajdujemy się w małym miasteczku Huayxay. Autobus do Luang Namtha odjeżdża za 4 godziny. W końcu możemy spróbować jazdy autostopem na odcinku dłuższym niż kilka kilometrów (parę razy poruszaliśmy się tak w Tajlandii). Na nasze nieszczęście w Laosie nie mają pojęcia co to jest autostop. Mamy kartkę z laotańską nazwą naszego celu, ale ludzie machają nam, trąbią na nas, jednak nikt się nie zatrzymuje. Po kilkunastu minutach podjeżdża do nas dziewczyna na skuterze tłumacząc, że zaraz obok jest dworzec! Z uśmiechem dziękujemy i dalej próbujemy łapać stopa. Pewnie pomyślała sobie, że ci biali to głupi są 😉 Po około godzinie zatrzymuje się koło nas… tuk-tuk. Niestety nie chce nas zabrać całkowicie za darmo, za to mamy możliwość pojechania taniej i szybciej, w dodatku do samego centrum Luang Namtha (w Laosie najczęściej dworzec autobusowy jest oddalony o 5-10 kilometrów od centrum miasta – trzeba wziąć tuk-tuka).
W Luang Namtha jest bardzo fajny nocny market. Startuje codziennie około godziny 18 i kończy się o 22. Można zjeść kurczaka, kaczkę, napić się zimnego Beer Lao i poznać świetnych ludzi. Kolejnego dnia po raz kolejny wypożyczamy motor i jeździmy po okolicznych wioskach. Docieramy aż do Muang Sing i przejścia granicznego z Chinami. Co tu dużo pisać. Laos to przede wszystkim widoki. Nieważne, że drogi są beznadziejne, tyłek boli od ciągłych podskoków i dziur. Ważne, że wkoło jest cisza, spokój, można godzinami podziwiać góry, lasy, pola ryżowe i kukurydziane. Krowy pasą się gdzie chcą, nie są na uwięzi. Dzieciaki robią co chcą, w dodatku z uśmiechem cię pozdrawiają krzycząc „sabaidee” („cześć” po laotańsku). Jedna dziewczynka nawet posłała Damianowi całusa! 🙂 Tego w Tajlandii nie było! Piękne krajobrazy, weseli ludzie i mała liczba turystów -to wszystko sprawia, że już po pierwszym dniu jestem Laosem całkowicie zauroczona.

Nong Khiaw
Jeśli ktokolwiek uważa, że drogi w Polsce są beznadziejne zapraszam do Laosu. 200 kilometrów w 7 godzin? Czemu nie! Właśnie tyle zajmuje droga z Luang Namtha do Pak Mong. A potem jeszcze godzina żeby dotrzeć do celu. Na szczęście domek z hamakiem i widokiem na rzekę, spotkanie z tubylcami, wspólne gotowanie, picie Beer Lao i karaoke w prawdziwym laotańskim barze sprawiły, że szybko zapomniałam o męczącej podróży.
Kolejnego dnia wypożyczamy rowery i zwiedzamy okolicę. Trafiamy do kilku wiosek, jaskini, nad mały wodospad. Wszędzie panuje leniwa atmosfera, dzieciaki zbijają z nami piątki (też jeżdżą rowerami, jak szalone! ;)). Wyruszamy również na View Point – szczyt pobliskiej góry, by podziwiać zachód słońca. Jest przepięknie! W oddali rzeka, miasteczko, góry, cudowne słońce. W dodatku jesteśmy sami! Życie jest piękne! Wracamy do wioski w całkowitej ciemności (dobrze, że mamy czołówki), nasłuchując odgłosów dżungli.
W celach oszczędnościowych, na własną rękę organizujemy wycieczkę łódką w górę rzeki (plus krótki trekking do pobliskiego wodospadu i powrót na dętkach). Dołączają do nas Michel i Fabian z Niemiec. Ostatecznie płacimy znacznie mniej niż za wycieczkę kupioną w agencji turystycznej (zamiast kajaków mamy dętki – to żaden problem, nie mamy lunchu – to większy problem, nie pomyśleliśmy, że w okolicznych wioskach nie będzie żadnego sklepu czy knajpki). Płyniemy łodzią, podziwiamy urokliwą okolicę. Gubimy się (chociaż jesteśmy z przewodnikiem!) gdzieś w polu ryżowym w drodze do wodospadu. Jest tak pięknie, że nawet pijawka, która próbowała wbić mi się w stopę nie zrobiła na mnie wrażenia. Przy wodospadzie znów jesteśmy sami. Spływamy na dętkach, odpoczywając i rozmawiając o tutejszych zwyczajach, mieszkańcach. Rzeka płynie leniwie. My też się rozleniwiamy. Taki właśnie jest Laos! Kocham ten kraj 🙂

Informacje praktyczne:
Tajlandia (10 batów = około 1 zł):
– autobus Chiang Mai-Chiang Rai – około 150 batów (możliwe, że są tańsze – nie odnaleźliśmy ich);
– White Temple i Black House – wstęp bezpłatny;
– śniadanie w Nangnon Cafe – 99 batów, pyszna – 40 batów;
– nocleg w rasta guesthousie na przeciwko Nangnon Cafe – 250 batów za pokój bez łazienki;
– wypożyczenie motoru – 140 batów za 24h;
– wiza do Laosu ‚on arrival’ – 30 dolarów (płaciliśmy 31, bo był weekend – taki obowiązkowy napiwek :D).
Laos (5 000 kipów = około 2 zł, 10 000 kipów = około 1 euro, czyli mniej więcej 4 zł):
– autobus z Huayxay do Luang Namtha – 80 000 kipów;
– nasz „autostop” – tuk-tuk – 50 000 kipów (do centrum);
– tuk-tuk z centrum na dworzec w Laosie – 10 000-20 000 kipów od osoby;
– cały kurczak/kaczka na nocnym markecie – 30 000 kipów;
– bagietki z serem, szynką, kurczakiem… – 10 000-20 000 kipów (pyszne!);
– owocow shake – 5 000-10 000 kipów;
– Beer Lao – 10 000 kipów (najczęściej, niekiedy ciut drożej, miejscowi płacą dwa razy mniej :P);
– wypożyczenie motoru (w Luang Namtha, ceny są bardzo zróżnicowane w całym kraju) – 40 000-60 000 kipów;
– nocleg w Luang Namtha – 50 000-60 000 kipów za pokój prawie w każdym hostelu;
– autobus z Luang Namtha do Pak Mong – 70 000 kipów i 7 godzin niezapomnianej podróży…;
– transport z Pak Mong do Nong Khiaw – 25 000 kipów;
– bardzo dobra zupa noodle soup np. z kurczakiem – 15 000 kipów;
– domek z widokiem na rzekę w Sunset Guesthouse – 50 000 kipów;
– wypożyczenie roweru górskiego – 25 000 kipów;
– wejście do jaskini – 5 000 kipów;
– wejście na View Point – 20 000 kipów (uwaga: czynne tylko do godziny 16);
– wypożyczenie łódki, wraz z kierowcą-przewodnikiem, spacerem do wodospadu, spływem dętkami – 85 000 kipów od osoby (byliśmy w 4);
– podobna wycieczka (zamiast dętek są kajaki, lunch w cenie) – minimalnie 180 000 kipów od osoby (gdy grupa liczy ponad 6 osób).

Pamiętajcie o projekcie Piątki z podróży. Wy również możecie przekazać symbolicznego piątaka! ;)
Fundacja „Król i Smok”
Nr konta: 21 1020 5242 0000 2102 0324 1874
Adres:
PKO BP O 9 we Wrocławiu
ul. Grabiszyńska 240
53-235 Wrocław

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco śledząc gadulcowego FANPAGE’A oraz INSTAGRAM!

121