Jawa to przede wszystkim piękna natura, wulkany i cudowne krajobrazy. Mieliśmy okazję wejść na szczyt Bromo – wciąż aktywnego, malowniczo położonego wulkanu, niedaleko miejscowości Cemoro Lawang. Udaliśmy się też do Dieng Plateau, gdzie znajduje się siarkowe jezioro oraz naturalne gejzery. Odwiedziliśmy również Yogjakartę i największą buddyjską świątynię na świecie – Borobudur. Oczywiście w parę tygodni nie sposób zobaczyć wszystkiego, co ma do zaoferowania centralna Jawa!

Wschód słońca i wyprawa na Bromo
Z Sukamade dotarliśmy do Jajak, gdzie złapaliśmy autobus do Probolingo. Kolejnego dnia, nie spiesząc się zbytnio, koło południa przyjechaliśmy w okolice dworca, skąd odjeżdżały minibusy do Cemoro Lawang. Kierowcy zażądali zdecydowanie zbyt wygórowanej ceny, więc postanowiliśmy łapać stopa. Po chwili zatrzymał się przemiły pan z synem, jadący dokładnie tam gdzie my. Szczęśliwi, zapakowaliśmy plecaki do samochodu i sami zaczęliśmy wsiadać do naczepy. Niestety w tym momencie podeszli do nas kierowcy minibusów i powiedzieli coś w ich języku do „naszego” uprzejmego pana. Ze smutkiem oznajmił nam, że jednak nie może nas zabrać. Wkurzeni, oddaliliśmy się kilkaset metrów od minibusów i wymachiwaliśmy kartką z napisem „Cemoro Lawang”. Oczywiście co jakiś czas podjeżdżali do nas na skuterach kierowcy minibusów skutecznie odstraszając każdego kto chciał nam pomóc. Zbliżał się zachód słońca, więc poniekąd z poczuciem przegranej, dołączyliśmy do dwóch Holendrów i pojechaliśmy nieszczęsnym minibusem pod wulkan Bromo.

Zakwaterowaliśmy się w szóstkę w jednym z licznych homestay’ów i poszliśmy do jedynej restauracji w miasteczku – Café Lava (w której można usiąść w środku, jest dobre i dość tanie jedzenie oraz Wi-Fi). Pogoda nie dopisywała – było pochmurnie i deszczowo.

Wstaliśmy około 3:30, by zdążyć dojść na punkt widokowy na wschód słońca. Do nowego punktu idzie się niecałą godzinę, my poszliśmy jeszcze ciut wyżej wydeptaną ścieżką. Było bardzo ładnie, ale niestety niebo w dużej części przykryły ciemne chmury. Nie było również magicznej mgły w kalderze, z której wyłaniają się wulkany. Cóż, centralna Jawa nie da o sobie zapomnieć – trzeba jeszcze tu wrócić.

Po śniadaniu (szwedzki stół w Café Lava) ruszyliśmy na Bromo. Wstęp do parku narodowego jest bardzo drogi, więc weszliśmy za darmo przejściem dla koników (duża dziura w płocie, w pobliżu stacji telegraficznej). Polak potrafi! 😀 Na szczyt Bromo wiodą schody, co nieco psuje urok, ale i tak jest świetnie. Na samej górze śmierdzi zgniłymi jajkami, ale da się spokojnie wytrzymać nawet bez maseczki. Z krateru unosi się mroczy dym, widoki są wspaniałe, a pobliski, już nieaktywy wulkan Batok dumnie góruje nad nami. Bajka! Oczywiście co drugi Indonezyjczyk chce zrobić sobie z nami zdjęcie, powoli zaczyna nas to denerwować, więc coraz częściej grzecznie odmawiamy.

Po szybkim obiedzie żegnamy się z Holendrami i wracamy, tym razem taniej i bez przygód, minibusem do Probolingo (niższa cena, bo wszystkie miejsca były zajęte).

 

Deszczowa Yogjakarta i świątynia Borobudur
Nocnym autobusem docieramy z Probolingo do Yogjakarty (przez Surabaję). W Indonezji kierowcy są szaleni! Po dziurawych drogach jeżdżą z prędkością światła – kilka razy w czasie naszego pobytu w tym kraju, musieliśmy się przesiadać do innego autobusu, bo ten pierwszy się zepsuł (przez kierowców piratów drogowych!). To nie Laos czy Kambodża, gdzie zawsze wszędzie się spóźnialiśmy. Do Yogjakarty przyjeżdżamy ZA WCZEŚNIE! W centrum jesteśmy o 4 i nie wiemy za bardzo czy czekać do 6, aż minie „doba hotelowa” czy zapłacić i za tę noc. Na ulicy pełnej hosteli (tanie są zajęte albo właścicieli nie da się dobudzić) poznajemy Indonezyjczyka, który mieszka we Francji. Prowadzi nas do swojego rodzinnego domu, którego dawną część dostajemy do użytku własnego. Nie są to luksusy, ale cena jest rozsądna.

Po drzemce i późnym śniadaniu idziemy do centrum. Niestety już na głównej handlowej ulicy Malioboro łapie nas ulewa. Spędzamy tam większość czasu bezskutecznie szukając porządnej koszulki z napisem „Indonesia” lub „Java”. Wszystkie mają napisy związane z Yogjakartą. Ten kraj jest chyba za duży i zbyt różnorodny, żeby dostać w nim ubranie z ogólnym napisem „Indonesia”. A może chodzi o to, żeby kupić t-shirt w każdym miejscu…

Wieczorem idziemy do salonu masażu. Wybieram pakiet „plecy, szyja, ramiona, głowa”. Czasami bolało tak, że miałam ochotę krzyczeć, ale ogólnie rewelacja!

Kolejnego dnia wypożyczamy skutery i jedziemy do świątyni Borobudur. GPS prowadzi nas małą, leśną drogą, z ładnymi widoczkami. Sama świątynia robi na mnie spore wrażenie. Jednak uważam, że cena jest przesadzona. Dorośli muszą płacić tyle ile za bilet do Angkor Wat! A nie sposób spędzić w Borobudur więcej niż kilka godzin (w Angkor jeden dzień to za mało!).

Świątynia powstała w VIII wieku, a została odkryta przez Anglików w 1814 roku (obrastała ją gęsta dżungla, dodatkowo pył wulkaniczny przykrywał ją prawie w całości). Obecnie znajduje się na Liście Narodowego Dziedzictwa UNESCO. Jest to jedna z największych buddyjskich budowli na świecie.

 

Jeszcze bardziej deszczowy Dieng Plateau
Czas (wiza) nas goni, więc nie zostajemy w Yogy dłużej. Jeszcze tego samego dnia dostajemy się do Magelang, gdzie jesteśmy zmuszeni nocować. Kolejnego dnia wcześnie rano łapiemy autobus do Wonosobo. Lokujemy się w tanim i w miarę ładnym hostelu Petra. Busikiem docieramy do Dieng Plateau (jedziemy nieco ponad godzinę). Widoki oczywiście piękne już w trakcie samej podroży. Chcemy wynająć skuter, ale ceny nas odstraszają, próbujemy znaleźć coś tańszego i oczywiście zaczyna padać. Centralna Jawa w styczniu to jednak kiepski pomysł… Pada codziennie, po kilka godzin.

Próbujemy następnego dnia. Wynajmujemy za połowę ceny skutery na kilka godzin. Jedziemy do siarkowego zielonkawego jeziora, gdzie wchodzimy za darmo przez boczne wejście. Normalnie trzeba płacić 100000 rupii (prawie 10$). Oczywiście jak sie jest „bule”, czyli po indonezyjsku ” biały” (słyszymy to cały czas „bule, bule!” plus chichotanie). Miejscowi płacą 20 razy mniej! To już jest naprawdę przegięcie! Dobrze, że da się bez problemów wejść za darmo. Widoczność jest kiepska, nie dałabym tego dnia za to jeziorko nawet 5$…

Zdecydowanie ciekawszym miejscem jest krater Sikidang. Znajduje się tam gejzer, którego energia jest wykorzystywana do ogrzewania wody (i być może ogólnie do wytwarzania prądu). Ziemia jest gorąca, paruje, woda bulgocze, a w powietrzu unosi się smród zgniłych jaj, znacznie większy niż na Bromo. Całość robi na nas spore wrażenie!

Jedziemy dalej, chcemy zobaczyć inne kratery i wodospad. Niestety nie jest nam to dane, ponieważ znowu zaczyna padać – nie byle jaki deszczyk, tylko pożąda ulewa. Nie pozostaje nam nic innego, niż wrócenie do Wonosobo, skąd popołudniu dojeżdżamy do Dżakarty.

W stolicy nie robimy nic ciekawego, bo leje prawie cały czas. Idziemy do kina (bilety za 7 zł – to mi się podoba!). Centralna Jawa nie nadaje się do zwiedzania w styczniu. Chociaż i tak nam się podobało. Ale oczywiście mogło być jeszcze lepiej. Jednak pora deszczowa w Indonezji to nie żarty. 24 stycznia żegnamy się na lotnisku z Sebastianem i Moniką (przedsiebieblog.pl). Oni lecą do Singapuru, my na Sumatrę – prosto do Medan, gdzie jest już początek pory suchej. Najlepiej! Lot liniami AirAsia kosztuje od kilkunastu do kilkudziesięciu dolarów, jednak trzeba do tego doliczyć opłatę wylotową pobieraną na każdym lotnisku w Indonezji – 150000-200000 rupii za loty międzynarodowe i do 40000 rupii za krajowe.

 Za zdjęcie kurczaczków oraz ze stacji benzynowej dziękuję Monice z przedsiebieblog.pl. Niestety zbyt wiele fotografii z Jawy nie mam, ponieważ pod koniec stycznia w Binjai na Sumatrze w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach straciłam nowiusieńki aparat fotograficzny ze wszystkimi zdjęciami z Indonezji…

Informacje praktyczne (12000 rupii = około 1$):
– autobus Jajak – Probolingo – 40000 rupii (około 6h),
– dwuosobowy pokój z łazienką w Probolingo – hostel – 70000 rupii,
– minibus Probolingo-Cemoro Lawang – 35000 rupii, gdy wszystkie miejsca są zajęte, w innym przypadku chcą 50000 lub więcej,
– dwuosobowy pokój z łazienką w Cemoro Lawang w homestay – od 100000 rupii (wynegocjowaliśmy 250000 za szóstkę),
– szwedzki stół na śniadanie w Café Lava – 40000 rupii,
– wejście do Parku Narodowego, w którym mieści się Bromo – 200000 rupii (wejście przez wielką dziurę w płocie – darmowe ;)),
– autobus z Probolingo do Surabaja – 25000 rupii,
– nocny szalony autobus z Surabaja do Yogjakarty – 57000 rupii,
– mieszkanie na własność dla 6-8 osób na 1,5 doby w Yogjakarcie – 300000 rupii,
– wynajęcie skutera na pół dnia – 40000 rupii,
– bilet do Borobudur – dorośli 250000, studenci i dzieci 150000 rupii (miejscowi 10 razy mniej…),
– autobus Jogjakarta-Magelang – 15000 rupii,
– nocleg w brzydkim hotelu w Magelang – 100000 rupii za dwie osoby,
– busik z Magelang do Wonosobo – wywalczone 17000 rupii,
– dwuosobowy pokój z łazienką w Wonosobo (hotel Petra) – 70000 rupii,
– najpyszniejsze soki owocowe w Wonosobo – 5000 za sztukę (w Polsce trzeba płacić 7-8 razy więcej ;)),
– busik Wonosobo-Dieng Plateau – 12000 rupii,
– skuter na pół dnia (w naszym przypadku 3h – ulewa…) w Dieng Plateau – 70000 (bardzo drogo!),
– nocny autobus z Wonosobo do Dżakarty, w którym jest zakaz palenia – 100000 rupii (bez zakazu 80000, śmierdzi strasznie, wszyscy palą tu jak smoki!).

Pamiętajcie o projekcie „Piątki z podróży„! Zachęcam do przekazania symbolicznego piątaka!

Fundacja „Król i Smok”
Nr konta: 21 1020 5242 0000 2102 0324 1874
Adres:
PKO BP O 9 we Wrocławiu
ul. Grabiszyńska 240 53-235 Wrocław

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco śledząc gadulcowego FANPAGE’A oraz INSTAGRAM!

121