ikona

Najbardziej znany zabytek w Kambodży prawdopodobnie na każdym zrobi ogromne wrażenie. Sam Angkor Wat, czyli świątynia-Matka, aż tak mnie nie urzekł, ale inne świątynie takie jak Banta Srei, Ta Prom czy Bayon są naprawdę rewelacyjne. Kupiliśmy bilet trzydniowy i nie żałujemy tej decyzji – w jeden dzień jest się w stanie zobaczyć tylko najpopularniejsze atrakcje, które niekoniecznie są najciekawsze. Za to zdecydowanie są najbardziej zatłoczone.

Droga z Don Det do Siem Reap

Najtańszy bilet do kupienia na wyspie Don Det w Laosie do Siem Reap (koło, którego znajduje się Angkor Wat) kosztuje aż 35$. Postanowiliśmy zaryzykować i kupić bilet za 5$ tylko do przejścia granicznego. Cena zawiera transport łódką na stały ląd oraz około 40-minutowy transfer busem na granicę. W kolejce po laotańskie stemple poznaliśmy parę Niemców, którzy za 23$ mieli zarezerwowany przez internet bilet z przejścia granicznego do Siem Reap. Oczywiście przyłączyliśmy się do nich, dzięki czemu oszczędziliśmy 7$. Byliśmy również najbardziej cierpliwi ze wszystkich turystów i jako jedyni z kilkudziesięciu osób, przepuszczając wszystkich na przód w kolejce, nie zapłaciliśmy 2$ od osoby za stempel, który umożliwia wyjazd z Laosu. Oczywiście w każdym „normalnym” kraju nie płaci się za takie rzeczy, ale w państwach typu Kambodża czy Laos, gdzie korupcja jest ogromna, większość turystów godzi się na wszystko i płaci kilka dolarów więcej za nic. Bardzo mi się to nie podoba, bo za niedługo turyści nauczą tutejszych mieszkańców, że zapłacą każdą kwotę za „stemple”, żeby tylko mieć święty spokój. I Azja, która już wcale nie jest taka tania, jak wszyscy myślą, będzie droższa niż niejeden europejski kraj. Ale o tym innym razem.

Jeszcze w Laosie można zapłacić dodatkowe 2$ przewodnikowi, który wszystkie wizowe sprawy załatwi za nas. Oczywiście my tego nie zrobiliśmy, podobnie jak uniknęliśmy kontroli zdrowotnej (kolejna bzdura, tylko po to żeby wyciągnąć „one dollar” od cudzoziemców, a wystarczy grzecznie powiedzieć „thank you” i iść dalej do właściwego okienka…). Niestety Khmerowie (mieszkańcy Kambodży) byli nieugięci. Musieliśmy zapłacić 35$ w tym 30$ za wizę (niedawno podnieśli cenę) oraz 5$ za stemple. Nie pomogły prośby, opowieści o projekcie Piątki z podróży (o którym przeczytacie tutaj). Nawet jak powiedzieliśmy, że nie mamy przy sobie tyle pieniędzy, to 10$ pożyczył nam kierowca naszego busa. Podsumowując – czasem korupcja przerasta nawet oszczędnych polskich studentów. Ale i tak byliśmy do przodu 12$ na głowę w porównaniu z przeciętnym turystą jadącym z Don Det do Siem Reap 🙂

Droga z granicy do Stum Treng gdzie mieliśmy przesiadkę jest tragiczna. Więcej na niej dziur niż drogi. Jednak później, do samego Siem Reap, jedzie się nowo utworzoną, asfaltową, porządną trasą około 4 godziny.

Siem Reap

Zatrzymaliśmy się w hostelu Tom&Jerry rekomendowanym przez Amerykankę poznaną w Chiang Mai. Dostaliśmy pokój za 8$ z dwoma wielkimi łóżkami (bez problemu mieściliśmy się na jednym ;)). Także polecamy!

Kilkanaście minut spaceru dzieliło nas od dzielnicy pełnej barów i restauracji oraz nocnego marketu. Na tym ostatnim za parę dolarów można było kupić biżuterię, ubrania czy pójść na masaż. Znaleźliśmy tam również świetną knajpkę z owocami morza – na końcu marketu (na skrzyżowaniu) idąc od głównej ulicy. Pyszne krewetki i kalmary!

Zaraz po przyjeździe z Laosu poszliśmy w okolicę naszego hostelu na kolację. Spróbowaliśmy słynnego khmerskiego barbaque – samemu grilluje się zamówione przysmaki. Mięso, warzywa, noodle – wszystko było bardzo smaczne. Niestety dla mnie grillowanie źle się skończyło. Prawdopodobnie zatrułam się sosem i całą noc oraz kolejny dzień nie nadawałam się do niczego.

Angkor Wat – dzień pierwszy

Gdy poczułam się lepiej, wynajęliśmy rowery (Angkor znajduje się tylko 5km od centrum Siem Reap) i udaliśmy się do najsłynniejszego kompleksu świątyń w Azji południowo-wschodniej. Pierwsze kroki skierowaliśmy do samego Angkor Wat, czyli świątyni-Matki. Jest on zbudowany na bazie wielkiego prostokąta (o wymiarach 1,5×1,3 km), a całość otaczają mury i fosa. Do środka wchodzi się przez duży most wraz z tłumem turystów z całego świata. Osoby zafascynowanego historią mogą tu spędzić cały dzień podziwiając piękne freski i zbudowaną w XII wieku świątynię.

Jednak nam jeszcze bardziej spodobała się pobliska świątynia – Bayon, w której znajduje się 216 wielkich posągów. Z każdej strony patrzy na Ciebie kilka potężnych głów, o tajemniczych uśmiechach.

Jeszcze ciekawsza jest słynna dzięki filmowi „Tomb Raider” świątynia Ta Prohm. Drzewa oplatają jej mury, razem tworząc idealną kompozycję. W dodatku wokół palą się kadzidełka, co tworzy zdecydowanie mistyczny nastrój. Znaleźliśmy się w tej okolicy tuż przed zachodem słońca co dodatkowo dodawało temu miejscu magii. To zdecydowanie nasza ulubiona świątynia w całym kompleksie Angkor Wat! W drodze powrotnej mieliśmy okazję przyjrzeć się khmerskiemu podwójnemu weselu. Niestety nie zaproszono nas do środka (albo było zbyt ekskluzywnie albo my zbyt kiepsko wyglądaliśmy po całym dniu zwiedzania… ;)).

Angkor Wat – dzień drugi

Wstajemy przed 5 rano, w sam raz żeby zdążyć na wschód słońca. Kierowca tuk-tuka dzielnie na nas czeka i już po chwili wraz z ogromnym tłumem ludzi jesteśmy przed jeziorkiem, w którym widać odbicie Angkor Wat. Słońce powoli wznosi się ku górze, tłum napiera, przeciskamy się do przodu, robi się żółto, trochę fioletowo.  Faktycznie jest ładnie. Ale nastawiałam się na coś lepszego. Z tym nastawianiem się zawsze mam problem – nasłucham się od znajomych i naczytam jakie coś jest wspaniałe, a potem się rozczarowuję. Mam to po Mamusi 😉 Po szybkim śniadaniu (w całym kompleksie jest mnóstwo knajpek – nie zgadzajcie się na ceny z menu, spokojnie można coś zjeść za 2-4$, nie 6 czy więcej) ruszyliśmy dalej. Spacerowaliśmy po Tarasie Słoni (trochę zniszczone), długo zwiedzaliśmy bardzo dużą świątynię Preah Khan (podobny klimat do Ta Prohm, polecamy!). Trafiliśmy też do Neak Pean – sama świątynia nie jest specjalnie wyjątkowa, ale idzie się do niej mostkiem pośrodku jeziora, w którym rośnie mnóstwo drzew. Rewelacyjny widok! Następnie zajrzeliśmy do kilku mniejszych budowli na przykład Pre Rup (wygląda jak wielka kukurydza). Stamtąd podziwialiśmy też zachód słońca, niestety był niezbyt urokliwy, bo niebo było zachmurzone. Spotkała nas też dziwna sytuacja – w jednej z restauracji na terenie całego kompleksu nie chcieli na początku wpuścić nas do miejsca, w którym siedzieli Khmerowie (kierowcy tuk-tuków, przewodnicy). Pierwszy raz zetknęliśmy się z tak rażącym podziałem: tutejsi mieszkańcy kontra turyści. W dodatku ceny w menu były wyższe niż w wielu polskich restauracjach i nie były do negocjacji (chociaż na pewno lokalsi płacili dużo mniej). Grzecznie podziękowaliśmy, pojechaliśmy do innego miejsca, kolejny raz czując różnicę między polskim turystą, a na przykład niemieckim czy angielskim… Bo przecież dla nich 6$ za obiad to dalej grosze.

Angkor Wat – dzień trzeci

Ten dzień uważam za najbardziej udany! Nie tylko dlatego, że już całkowicie dobrze się czułam. Byliśmy w najmniej popularnych miejscach, które są równie imponujące jak te, w których można zgubić się w tłumie turystów (głównie z Chin). W Banteay Srei znajdziemy podobno najpiękniejsze na świecie płaskorzeźby. Mówi się, że musiały być wykonane przez kobiety, ponieważ są tak dokładnie wykonane. Warto podkreślić, że Banteay Srei jest starsze niż większość świątyń w Angkor Wat, a całkiem dobrze zachowane i porządnie odrestaurowane. W czasie zwiedzania warto na chwilę przystanąć i posłuchać typowego zespołu khmerskiego, którego członkami są osoby poszkodowane przez miny (po wojnie z Wietnamem, cała Kambodża wciąż nie została odminowana). Warto również przejść się po okolicy, która jest prześliczna. Można przypatrzeć się życiu tutejszych mieszkańców, którzy odgrywają istotną rolę w Angkor Wat. Nie tylko śpią i mają swoje chatki pomiędzy świątyniami wpisanymi na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO. Ich życie toczy się głównie wokół turystów, kilkuletnie dzieci sprzedają biżuterię, pocztówki, magnesy. Z pewnością nie jest to wymarzone dzieciństwo, ale dzieciaki bardziej chwytają za serce niż dorośli. Dorosłe życie wygląda podobnie – kobiety zachęcają do kupienia szali czy innych ubrań lub prowadzą restauracje, do których nagabują całymi dniami klientów.

Po długiej jeździe tuk-tukiem dotarliśmy do wzgórza Phnom Bok. Na szczyt idzie się wieloma stromymi schodami ale zdecydowanie warto się trochę pomęczyć. Na samej górze czekają na nas wspaniałe widoki, bardzo interesującą świątynia, na którą można się swobodnie wspinać oraz cisza. Oprócz przemiłego strażnika, który bardzo się nudzi, bo musi siedzieć na wzgórzu dwa tygodnie w miesiącu (a odwiedza go codziennie tylko 10-20 osób), jesteśmy sami. Po chwili dołącza do nas nasz kierowca, który mimo, że mieszka w Siem Reap wiele lat, jest tutaj pierwszy raz. Obiecałam panu strażnikowi, że powiem znajomym, że można go odwiedzić i zostać na zachód i wschód słońca – zachęcam do tego serdecznie, widok na pewno jest cudny. My w nocy jechaliśmy do Sikhonouville, więc niestety nie mogliśmy zostać.

Ostatnim przystankiem w najważniejszym zabytku Kambodży było inne, nieco niższe wzgórze. Tym razem oglądaliśmy zachód słońca wraz z większością osób przebywających tego dnia w Angkorze. Najśmieszniejszy w całym wydarzeniu był moment, gdy udałam, że całuję słońce. Gdy Damian zrobił mi zdjęcie, wszystkie turystki zgromadzone koło nas zaczęły prosić go o identyczną fotografię. Prawie zaczęliśmy je prosić o „one dollar” od fotki 😉 Co najlepsze chwilę potem zaczęliśmy rozmawiać z Polakami, którzy są z Katowic i… okazało się, że jeden z nich, Pan Krzysztof jest tatą mojego kolegi, a Pani Ola mamą innego kolegi! Świat jest taki mały! Niesamowity przypadek!

Z uśmiechami na ustach wróciliśmy do hostelu – w końcu czeka na nas upragnione morze!

Informacje praktyczne:
– bilet Don Det – Siem Reap kupiony na wyspie – od 35$,
– bilet wersja oszczędnościowa – 28$ (patrz początek tego wpisu ;)),
– w Kambodży używa się na codzień dwóch walut – dolarów amerykańskich oraz rieli, 1$ = 4000 rieli,
– dwuosobowy pokój z łazienką w hostelu Tom&Jerry blisko marketu – 8$,
– dwuosobowy pokój z łazienką w bardzo ładnym hotelu Jasmine Lodge (z basenem i smacznym śniadaniem) – 11$,
– godzinny masaż ciała ciała i stóp – 4-5$,
– spore danie z owocami morza – 3$,
– Coca-Cola w puszce – 2000-3000 rieli,
– piwo w puszce Angkor – 1$ (w sklepie mniej),
– barbaque dla dwóch osób – około 5$,
– Angkor Wat – bilet jednodniowy 20$, trzydniowy 40$, tygodniowy 60$. Ważna uwaga: 3-dniowy bilet można wykorzystać w dowolne 3 dni w przeciągu tygodnia, a 7-dniowy w dowolne siedem dni w przeciągu miesiąca,
– wynajęcie roweru miejskiego – 1-2$,
– tuk-tuk małe koło wokół Angkor Wat – od 15$, duże koło – 15-18$, Banteay Srei i inne bardziej oddalone miejsca – 18-20$, oczywiście ceny są do negocjacji, najlepiej jeździć z jednym kierowca dwa czy trzy dni – wtedy będzie taniej, wszystko zależy też od ilości osób w tuk-tuku.

Pamiętajcie o projekcie Piątki z podróży. Wy również możecie przekazać symbolicznego piątaka! ;)
Fundacja „Król i Smok”
Nr konta: 21 1020 5242 0000 2102 0324 1874
Adres:
PKO BP O 9 we Wrocławiu
ul. Grabiszyńska 240
53-235 Wrocław

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco śledząc gadulcowego FANPAGE’A oraz INSTAGRAM!

121