DCIM100GOPRO

Na międzynarodowym lotnisku w Bangkoku tłum turystów próbuje odnaleźć się w nowym, nieco innym świecie. Mimo wszystko panuje tu jako taki ład i porządek. Tym razem, bez żadnych problemów z wizą (Polacy otrzymują darmowe, 30-dniowe pozwolenie na pobyt w Tajlandii) kierujemy się do wyjścia. Do centrum miasta można udać się niedawno wybudowanym pociągiem, busem lub taksówką. Decydujemy się na taksówkę, ponieważ najtańsza opcja (przejazd bezpłatnym shuttle busem za lotnisko, na pobliski dworzec autobusowy i udanie się jednym z busów do centrum) nie pozwoli nam dostać się w miejsce, w którym umówiliśmy się z naszym Hostem (ponownie korzystamy z rewelacyjnego Couchsurfingu). Taksówki w Bangkoku są tanie, należy jednak pamiętać, żeby prosić kierowcę o włączenie taksometru. Jeśli nie chce tego zrobić natychmiast powinno się wysiąść (chyba, że zamiast 100 batów – około 10 zł, chce się zapłacić 300 ;)). Pierwszy kilometr zawsze kosztuje 35 batów, każde kolejne 400 metrów to 2 baty. Dodatkowo płaci się za transport z lotniska (50 batów więcej) oraz przejazd drogami płatnymi. W 25 minut, za 320 batów taksówkarz wiezie nas pod jedno z ogromnych centów handlowych – Central Plaza Mall, gdzie po chwili spotykamy się z Jessy’m. Jesteśmy tak zmęczeni, że po prysznicu i naszym pierwszym, tajskim „śniadaniu” (sticky rice z warzywami, jajkiem i kurczakiem – mniam, mniam!) idziemy spać. Krótka drzemka zamienia się w kilka godzin snu – trzeba odespać dwie całkowicie zarwane noce.

Późnym popołudniem udajemy się na wielki nocny targ. W jego okolicy znajduje się też owiany złą sławą Patpong, przyciągający tłumy ciekawskich turystów. Naganiacze z każdej strony oferują słynne „ping-pong show” czy „ladyboy show”. Nasza jedyna próba wejścia do jednego z takich klubów, szybko zakończyła się fiaskiem. Poszliśmy do lokalu, z którego już na progu wybiegła para wściekłych Chińczyków, krzycząc do nas „Don’t go, don’t go, beer for 4000 bats!”, skutecznie nas odstraszając. Podobno da się zobaczyć tego typu show płacąc jedynie 100-200 batów za drinka czy piwo (w cenie oglądamy wybrany pokaz). Należy jednak uważać na tabletki dodawane do napojów i Burdel Mamę, która w pewnym momencie może zażądać od nas kilku tysięcy batów. Mi wrażeń dostarczyły za to napotkane pierwszy raz karaluchy i szczury w przyulicznym barze. Muszę się do nich przyzwyczaić ale dalej mi to nie wychodzi. One są i zawsze będą obrzydliwe! 😛

W Bangkoku spędziliśmy kolejne 3 dni. Zwiedziliśmy większość znanych i mniej znanych Watów (buddyjskie świątynie), które są tutaj na każdym kroku. Najbardziej podobały nam się Wat Benchamabophit (z uwagi na elegancki styl i ściany wyłożone marmurem), Wat Arun (warto wspiąć się na samą górę, skąd rozpościera się piękny widok na rzekę Chao Phraya i całe miasto) oraz Wat Pho (w środku, którego znajduje się wielki, leżący, złoty Budda, ze stopami zrobionymi z macicy perłowej).

Oczywiście byliśmy w Grand Palace – dawnym pałacu króla, teraz będącym najbardziej znanym zabytkiem Bangkoku. Podobno można go zwiedzać godzinami, nam jednak wystarczyły niecałe 2h. Osobiście uważam, że wystarczy udać się tam raz w życiu. Śmieję się, że turystów w pałacu jest więcej niż byszczących kamieni, z których zbudowane są wszystkie budowle. Znacznie bardziej zainteresowały mnie zwyczaje buddystów, którzy gorliwie modlili się i przynosili liczne dary Szmaragdowemu Buddzie (mała, ładna figurka zrobiona z zielonego jaspisu). W stolicy Tajlandii warto również wybrać się na któryś z licznych targów. My przypadkowo trafiliśmy na jeden – klimatyczny targ, w którym byliśmy jedynymi obcokrajowcami, w okolicy Wat Intharawihan (z wielkim stojącym Złotym Buddą). Polecamy również bazar głównie dla miejscowych – Pak Khlong Market, pełen kwiatów, warzyw, owoców, a co za tym idzie różnorodnych zapachów i kolorów. Znany weekendowy market Chatuchak nie do końca mi się podobał, chociaż jego wielkość faktycznie robi wrażenie – podobno jest największym targiem na świecie (za to na odpoczynek idealnie nadaje się pobliski o tej samej nazwie).

Przyjemny spacer można zrobić sobie po parku Dusit. Znajduje się w nim największa budowla z drewna tekowego (Pałac Vimanmek – nie można nic do niego wnosić, przed wejściem jest się dokładnie przeszukiwanym, plecaki, kamery, aparaty fotograficzne czy telefony trzeba zostawić w szafce). W parku są również dwie sale tronowe, posąg króla Chulalongkorna oraz zoo. W pobliżu mieści się też Pałac Chitralada – rezydencja, w której do niedawna mieszkał król z rodziną (obecnie król prawdopodobnie przebywa w szpitalu ale generalnie nikt poza wojskiem nie ma pojęcia, co tak naprawdę się z nim dzieje). Koniecznie należy odwiedzić rewelacyjną chińską dzielnicę – gdzie tłum wcale mi nie przeszkadzał i jadłam najpyszniejsze, jak dotąd, owoce morza. Polecam zajrzeć do knajpki na jednej z bocznych ulic odchodzących od głównej Yaowarat, w której kucharz przygotowuje potrawy w widowiskowy sposób, co jakiś czas wzniecając ogień na wysokość 2 metrów. Do mniej znanych ale bardzo ciekawych atrakcji zaliczam też ulicę industralną (koło Kościoła Świętego Różańca). Można tam znaleźć narzędzia każdego rodzaju, które leżą w ogromnych kupach bezpośrednio na ulicy. Zachwyciła mnie również Złota Góra, ze szczytu której ujrzymy panoramę miasta.

Na koniec warto wspomnieć o środkach transportu, z których można korzystać w Bangkoku. Chwalę sobie wyżej opisane taksówki ale za największą przygodę uważam jazdę tuk-tukami. Ostatniego dnia miła Tajka zdradziła nam pewną tajemnicę – jeśli tuk-tuk będzie woził cię przez kilka gdzin, po wielu miejscach mniej więcej w obrębie starego miasta i po drodze zatrzyma się w jednym ze sklepów z garniturami i płaszczami otrzyma częściowy zwrot kosztów paliwa. Nie musisz nic kupować, wystarczy, że rozejrzysz się po sklepie, a dzięki temu zapłacisz przykładowo 70 batów za 2 godziny jazdy połączonej ze zwiedzaniem. Pamiętaj, żeby zapłacić dopiero na sam koniec zaplanowanej trasy – my dzięki temu nie zapłaciliśmy w ogóle, ponieważ w pewnym momencie nasz kierowca zniknął. Nic strasznego – od razu na horyzoncie pojawiło się kolejnych trzech. Trzeba również liczyć się z tym, że często kierowca, na przykład talsówki, w ogóle nie będzie chciał nas wziąć w dane miejsce (bo są korki albo bo nie ma na to po prostu ochoty :D), nie mówiąc o włączeniu taksometru. Właśnie dlatego dobrą alternatywą jest poruszanie się wodną taksówką (szybko, tanio i wygodnie na przykład w czasie zwiedzania różnych Watów), metrem czy sky trainem (na metro i sky train są innego rodzaju bilety).

Bangkok to według mnie ciekawe połącznie Azji i Europy. Wydaje się być w miarę uporządkowany, korki są w nim takie jak w każdej stolicy, wszędzie znajdziemy reklamy znanych marek, a młodzi Tajowie nie rozstają się ze swoimi smartfonami, Facebookiem i podobno uwielbiają plotkować. Jednak zaraz obok dostojnych wieżowców widzimy mizerne, rozwalające się domki, biedę i kilkuletnie dzieci sprzedające bransoletki z kwiatów na ulicy. Nie dziwię się również, że wielu turystów chce stąd czym prędzej uciekać – większość z nich po przylocie trafia do jednego z hosteli na Khao San Road, gdzie w czasie jednej minuty zaczepi cię 8 naciągaczy proponując tuk-tuka, t-shirt, shake’a i słonia w karafce. Całe szczęście, że my mieszkaliśmy daleko od tego zamieszania! I w sumie, tak czy siak, po 4 dniach mieliśmy ochotę jechać dalej! 😉

INFORMACJE PRAKTYCZNE

– 10 BHT = ok. 1 PLN
– podróż z lotniska do centrum – 40-150 batów (pociąg lub autobus), taksówka – 300-400 batów;
– zupa z makaronem, mięsem i warzywami – 25-50 batów;
– sticky rice z kurczakiem, jajkiem, warzywami – 60-80 batów;
– woda mineralna 1,5 litra – 10-15 batów;
– coca-cola 0,5 litra – 15 batów;
– 4 jogurty w Tesco – 44 baty;
– pokrojone owoce typu mango, arbuz, ananas od sprzedawcy na ulicy – 10-20 batów;
– pyszny kokos z pitnym mleczkiem w środku – 20-30 batów;
– 3-dniowy bilet na metro – 230 batów;
– wstęp do Grand Palace (w cenie Szmaragdowy Budda oraz Pałac Vimanmek) – 500 batów;
– wielki leżący Budda (Wat Pho) – 100 batów;
– przejazd wzdłuż rzeki taksówką wodną – 15 batów;
– przejazd na drugą stronę rzeki – 3 baty;
– piwo w ulicznej knajpce – 70-90 batów;
– lody kokosowe – 30-40 batów za dwie gałki i dodaki;
– naleśniki z czekoladą, mleczkiem kokosowym, jajkiem i/lub bananami – 20-50 batów;
TUTAJ możesz zarezerwować nocleg w Bangkoku;
na blogu Asi (Somos Dos), która od kilku lat podróżuje po świecie ze swoją córką Gają, znajdziecie informacje praktyczne o Maeklong Train i Amphawa Floating Market, czyli targowisku na torach i pływającym markecie – polecam serdecznie!

Podobał Wam się wpis? Bądźcie na bieżąco śledząc gadulcowego FANPAGE’A oraz INSTAGRAM!

121